aktualności,  recenzje

Silva rerum. O książce Martyny Flemming „Życie pechowej emigrantki”

Czym jest spisane przez Martynę Flemming „Życie pechowej emigrantki”? Pamiętnikiem? Zbiorem reportaży, felietonów i opowiadań? Poradnikiem turysty i emigranta? Jest tym wszystkim po trochu. A co lepsze, jest to bardzo dobrze napisane i bardzo dobrze się to czyta!

Zacznijmy od okładki… Wiem, nie ocenia się książki po okładce, ale oprawa graficzna jest tym, co widzimy jako pierwsze. To ona „ustawia” nam odbiór tekstu, przynajmniej z początku. Okładka „Życia pechowej emigrantki” jest przezabawna. Patrząc na nią, spodziewamy się powieści satyrycznej lub zbioru humoresek, fajerwerków śmiechu. Otwieramy książkę, natrafiamy na dedykację i – delikatnie mówiąc, czujemy się zbici z tropu… albo, ściślej mówiąc, czujemy się zbici kastetem w twarz, czoło, obie skronie. W miarę czytania autorka zbija nas z tropu coraz bardziej, choć już nie w tak drastycznym sensie. Pytamy siebie: co właściwie czytamy?

W XVII wieku popularnością wśród szlachty cieszyło się coś, co nosiło nazwę „silva rerum” (łac. „las rzeczy”). Był to gruby brulion w twardej oprawie, do którego właściciel wpisywał wszystko, co miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Obok zapisków o wydarzeniach rodzinnych lub publicznych notowano tam (własne lub cudze) wiersze, fragmenty prozy, komentowano sytuację polityczną, zapisywano wysokość plonów i teksty modlitw, własne refleksje na wszelkie tematy, przepisy kuchenne i metody uprawy roli… Słowem: „sylwa” – bo takim spolszczonym mianem ją u nas nazywano – stanowiła miszmasz na poziomie intelektualnym jej właściciela. Były „sylwy” płytkie i bałaganiarskie, gdzie cytaty z literatury – poprzekręcane i najczęściej „wyrwane z mięsem”, bez podania autora – mieszały się z wróżbami i zabobonami, a ewentualne własne myśli raziły naiwnością. Do naszych czasów dotrwały też nieliczne „sylwy” starannie uporządkowane, będące dla współczesnych badaczy cennym źródłem informacji historycznych lub odpisów zaginionych utworów literackich.

Łatwo zauważyć, że w naszym stuleciu rolę „silva rerum” przejęły w pewnym stopniu blogi internetowe. Stanowią one przecież krzyżówkę pamiętnika z notatnikiem. I znów, podobnie jak w czasach sarmackich, poziom tych współczesnych, elektronicznych zapisków jest zróżnicowany. Przeglądając je, często natrafiamy na płytkie wynurzenia nastoletnich autorów bądź autorek, słabe literacko opisy pijackich imprez, podbojów miłosnych i seksualnych, ewentualnie „odlotów” narkotycznych. Od czasu do czasu można jednak odnaleźć blog, którego autor dzieli się własną rzetelną wiedzą z jakiejś dziedziny, lub ze swadą opisuje własne naprawdę ciekawe doświadczenia i przemyślenia.

„Życie pechowej emigrantki” było początkowo właśnie blogiem. Dodajmy: bardzo dobrym blogiem, opisującym przede wszystkim emigracyjne doświadczenia autorki. Po uporządkowaniu chronologicznym, dopracowaniu i uzupełnieniu blog przybrał formę drukowaną. Tłumaczyłoby to „sylwiczność” książki, jej eklektyzm. Kolejne wpisy blogowe – tworzone zapewne jeszcze bez myśli o zebraniu ich w jednym tomie – przybierały taką formę, jaka do danego tematu autorce pasowała. Czasem był to krótki reportaż, kiedy indziej felieton, nawet opowiadanie, a często – po prostu zapisek pamiętnikarski.

Eklektyzm nie oznacza tutaj w żadnym razie chaosu. Chociaż bowiem tu i tam zdarzają się dygresje, nawiązania do wydarzeń wcześniejszych, ogólnie całość ma uporządkowaną, chronologiczną budowę.

I tak pierwsza część obejmuje czas sprzed tytułowej emigracji, a więc dzieciństwo pisarki, czasy szkolne i studenckie, karierę taneczną. Te karty książki mają w sobie najwięcej z pamiętnika. Stanowią po prostu relację z kolejnych zdarzeń. Trzeba przy tym zaraz dodać: zdarzeń nietuzinkowych, bo któż z nas prowadził w Polsce zespół taneczny z Kanadyjczykami w składzie, miał własną szkołę tańca, a do tego jeszcze niemal zawodowo startował w teleturniejach?

Część druga, „emigracyjna”, również zaczyna się jak pamiętnik i do końca ma pewne jego cechy. Zarazem jednak z rozdziału na rozdział coraz mocniej ujawnia się zacięcie dziennikarskie, szczególnie reporterskie. Chociaż właściwie pierwszym tekstem dającym się uznać za reportaż jest rozdział „Moje teleturnieje” (a w jakimś stopniu również „Tydzień z życia w klasztorze”), pierwszym świetnym przykładem tego gatunku jest chyba „Nie tak, jak powinno”. Z genialnym zmysłem obserwacji opisano w nim, opierając się na licznych przykładach, swoisty „tumiwisizm” Norwegów.

Opisując swój pobyt i pracę w Norwegii, na Cyprze, wreszcie w Holandii, a także wojaże po Europie, autorka nie tylko opowiada o własnych przygodach (co zresztą czyni w jak najlepszym reporterskim stylu – podejrzewam lekturę Kapuścińskiego!). Przede wszystkim stara się oddać klimat danego kraju, miejscową obyczajowość, sposób bycia, charakterystyczne zachowania, wreszcie – śmiesznostki tak mieszkańców danego kraju, jak i… przebywających tam Polaków. Bez kwiecistych opisów, w kilku celnych zdaniach ujmuje wygląd i nastrój ulic i wnętrz, odwiedzonych krajów i poszczególnych miejsc. Czy to cypryjska jaskinia hazardu, czy hotel pracowniczy w Holandii – już po chwili mamy wrażenie, że znamy to, że byliśmy tam razem z opowiadającą. Wspólnie z nią uczestniczymy w ceremonii żałobnej na Cyprze i prowadzimy samochód przez Alpy.

Trzecia, najkrótsza część jest przejmującym zapisem osobistej tragedii. Spodziewalibyśmy się więc „czystego” pamiętnika – a jednak i tu często bierze górę „żyłka” dziennikarska. Szczególnie mam tu na myśli passusy o holenderskiej służbie zdrowia, ale i opis zmiany koła w samochodzie unieruchomionym na autostradzie ma wiele z reportażu – krótkie, rzeczowe akapity; celne użycie równoważników zdań…

W ogóle panowanie nad językiem jest mocną stroną pisarstwa Martyny Flemming. Być może jeszcze w pierwszej części zdarza się sporadycznie, że autorka „leci” nadmiernym skrótem. Np. gdy czytamy: „Zawsze lubiłam muzykę lat sześćdziesiątych, więc kiedy weszliśmy do restauracji i zobaczyłam, że gościom do posiłku przygrywa niesamowicie przystojny facet, zapomniałam o przegranej w blackjacka” – domyślamy się automatycznie, że ów muzyk grał właśnie coś z lat sześćdziesiątych, ale ożywiłoby tę scenę nadmienienie, że było to, powiedzmy, „House of Rising Sun” lub „Hey Jude”. W dalszych częściach pisarka bez reszty panuje już nad słowem i nie mówi ani za dużo, ani za mało.

Pochwalić też trzeba kolosalny zmysł humoru. O zabawnych zdarzeniach z własnym udziałem autorka pisze ze zdrową autoironią – polecam choćby historyjkę o tym, jak wszczęła alarm w niemieckim szpitalu. Książka pełna jest takich anegdot. Co więcej, trafiają się w niej perełki humoru słownego. Weźmy zdanie tyleż komiczne, co niezwykle poetyckie: „Moja rwa kulszowa wybierała się na basen, ale jakoś dojechać nie mogła”. Znać mistrza!

Oprócz reportażu, trafia się czasem, jak już mówiliśmy, niezły felieton. Mowa o fragmentach, w których autorka ujmuje wielość swych spostrzeżeń w zbiorczą syntezę. Szczególnie dużo tekstów tego rodzaju powstało z inspiracji pobytem na Cyprze. Felietonami są takie rozdziały, jak „Obrzydliwie bogaci ludzie”, „Zrozumieć kobietę”, „Miłość Bo”, „Męskie myślenie”, „Religijne zakłamanie”. Z rozdziałów „holenderskich” do felietonów trzeba też zaliczyć tekst „Kim jest Polak w Holandii?”, a w „polskiej” części cechy felietonu zdradza swoista humoreska „I jak tam twoje sny?”. Ich konstrukcja jest przeważnie podobna – i to nie zarzut, bo w końcu każdy dobry felietonista ma swój styl i swoją metodę. Flemming gromadzi kilka zdarzeń – przeżytych, zaobserwowanych lub zasłyszanych – mających jakąś wspólną cechę. Taki ciąg anegdot autorka podsumowuje wyrazistą pointą lub poprzedza równie błyskotliwą tezą.

Ponadto można w książce znaleźć kilka naprawdę udanych opowiadań. Próbą zmierzenia się z tym gatunkiem jest już pierwszy rozdział – „Droga do lepszego nieszczęścia”. Trudno orzec, czy jest on zainspirowany rzeczywistymi zdarzeniami, czy też czysto fikcyjny, w każdym razie stanowi wyraźną paralelę z dalszą treścią „Życia pechowej emigrantki”. Całkiem dobrymi opowiadaniami psychologicznymi są „Potrzebuję twojej pomocy” oraz „O jedno wydarzenie za dużo” – historie ludzi, których życie i widzenie świata naznaczyły traumy z dzieciństwa. Z kolei „Od przybytku głowa boli” to świetna nowelka satyryczna.

Jest też parę krótkich rozdziałów, zawierających porady w założeniu przeznaczone dla czytelników wybierających do danego kraju. Mogą one wszakże być równie interesujące dla osoby nie planującej na razie żadnych przenosin ani wycieczek, a po prostu ciekawej świata.

Zawsze warto posłuchać kogoś, kto wiele widział i przeżył, tym bardziej gdy potrafi o tym zajmująco opowiedzieć. Martyna Flemming ma jedno i drugie, a do tego jest inteligentna. W swojej debiutanckiej książce dała próbki autentycznego talentu w więcej niż jednej dziedzinie słowa pisanego. Trudno dziś zgadywać, czy w przyszłości bez reszty poświęci się którejś z nich (stawiam na reportaż!), czy też nadmienioną na początku „sylwiczność” uczyni swym znakiem rozpoznawczym. Mam nadzieję przekonać się o tym podczas lektury jej drugiej książki.

Przesadą byłoby nazywać „Życie pechowej emigrantki” dziełem wybitnym – acz nie wykluczam wcale, że i takie autorka kiedyś popełni. Jednak z pewnością jest to książka wybijająca się. Dlatego proszę, niech pani pisze dalej, pani Martyno!

Jarosław Nowosad

Martyna Flemming: „Życie pechowej emigrantki”; Wydawnictwo „Czarna Kawa”, Polanka Wielka, 2016.