aktualności,  recenzje

Z Kariną Stempel krążąc po Nome

W połowie roku 2015 Karina Stempel zadebiutowała zbiorem wierszy pt. „Rok Drewnianego Konia”. Dodajmy: był to bardzo udany debiut. Teraz utalentowana wolbromianka powraca z nowym tomem – jeszcze lepszym, bardziej spójnym i… mroczniejszym.
„Rok Drewnianego Konia” jest pod względem konstrukcji dość typowym tomikiem utworów poetyckich. I owszem, to bardzo dobry tomik. Prezentuje dojrzałą, spójną poetykę świadczącą, że autorka ma już za sobą etap poszukiwań własnego „oblicza” literackiego. Co więcej, uważny czytelnik wyłowi z tamtej książki gamę interesujących poetkę tematów. Niemniej jest to zbiór osobnych liryków nie połączonych wyraźną myślą przewodnią (może oprócz powracającego motywu ryby, zresztą kontynuowanego też w nowym tomie).
Drugi tomik Kariny Stempel, „Noc w Nome”, potwierdza wszystko, co można było powiedzieć o pierwszej książce (pisałem o niej na łamach „Kwartalnika Powiatu Olkuskiego”). Zarazem stanowi świadectwo ciągłego doskonalenia literackiego „warsztatu” przez autorkę.
Już w debiucie wyczuwalna była skłonność do rytmizacji toku wiersza. W nowym tomie rytm stał się jeszcze wyraźniejszy. Zaledwie dwa utwory, „Ciemna woda” i częściowo „Łuska”, oparte są na luźnej, powiedzmy: „różewiczowskiej” rytmice. Pozostałe wyraźnie, choć w różnym stopniu, nawiązują do tonizmu. Strofy, z reguły czterolinijkowe, charakteryzują się swobodnym przepływem zdań przez wersy, z częstymi przerzutniami. Wiersze są dzięki temu bardzo melodyjne, a jednocześnie swingowo „rozkołysane”, chwilami przypominając bardziej śpiew niż mowę: „Skrapla się ciało dnia. Zachód jest wodą / po pędzlach – stojącą i gęstą. Każdy kolor / rozchodzi się w nim jak galaktyka. Dotykam / tego miejsca, głębia ma pełnię i nów” („Una cancion desperada”). Czasami, jak np. w wierszu „Choćby”, poetka świadomie bawi się urywaniem rytmu poprzez wprowadzenie cezury.
Równie konsekwentnie autorka rozwija swoją charakterystyczną, „dwustopniową” metaforykę. Praktycznie wszystkie wiersze z tomu są rozbudowanymi peryfrazami przy użyciu licznych metonimii. Z tworzywa nieoczywistych symboli poetka buduje ciągi odległych skojarzeń. Najprostszy przykład: przez cały wiersz „Blue Sky” poprowadzony został wątek padającego i topniejącego śniegu, w poincie stając się paralelą do ludzkiego życia, ograniczonego w czasie narodzinami i śmiercią. Zwykle jednak łańcuchy asocjacji nie biegną tak prosto. Dobrą tego ilustracją może być liryk pt. „Refren”. Motyw zimy prowadzi do obrazu lodu, czyli „skamieniałej wody”. Ta zaś co najmniej od czasów Heraklita bywa symbolem przemijania. Konkluzja: w poincie podmiot liryczny postrzega sam siebie jako pokrytą łuskami rybę lub syrenę.
Nadążanie za tokiem skojarzeń, pełnym ciągłych przeskoków, może początkowo wydawać się czytelnikowi trudne. Dlatego istnieje niebezpieczeństwo, że nieuważny odbiorca uzna tę poezję za hermetyczną. Cóż, z pewnością tomik „Noc w Nome” jest nieco trudniejszy w odbiorze od swego poprzednika. Wszakże jeśli, uruchomiwszy wyobraźnię, z uwagą śledzimy kolejne obrazy i gry słowne, nie dając się „uśpić” rytmowi wiersza, wówczas intuicyjnie chwytamy jego sens.
Prawdziwym novum w porównaniu z debiutem poetki jest natomiast konstrukcja tomu. Książka stanowi całość, choć nie na tyle zwartą, by można było nazwać ją poematem. Zarazem nie jest to już tylko zbiór oddzielnych wierszy. W świecie muzyki nazwalibyśmy taką formę concept-albumem, w literaturze nieprecyzyjnie określa się ją jako „cykl”.
Podstawowym zabiegiem, nazwijmy go tak, „scalającym” jest wprowadzenie do tomu stałej postaci o imieniu Matylda, pełniącej rolę już to podmiotu, już to bohatera lirycznego większości utworów. Oczywiście, nie jest to pomysł całkiem nowy; we współczesnej poezji zapoczątkował go bodajże Brian Patten, w Polsce – Zbigniew Herbert. Posłużenie się „zewnętrznym” podmiotem, „Panem Cogito”, służy najczęściej podkreśleniu dystansu między wierszem a osobą poety. Sygnalizuje odejście od stereotypu „liryki osobistej” w stronę obiektywizmu właściwego epice.
Oprócz przewodniej postaci, autorka wprowadziła wyraziste leitmotivy. Nome na Alasce jako „miejsce akcji”, liczne odniesienia do kultury Inuitów zamieszkujących tytułowe miasteczko – nie są jedynie efektownymi inkrustacjami, ekscentrycznym sztafażem. Długotrwała noc polarna i wszechobecny chłód stanowią metaforę wszechobecnej tajemnicy i towarzyszącego jej lęku. Tajemnica i lęk – te dwa motywy budują sytuację liryczną prawie każdego kolejnego wiersza.
Powiedzmy wprost: „Noc w Nome” przepełnia obsesja śmierci. Odniesienia do niej w większości utworów są bezpośrednie; w prawie wszystkich pozostałych czają się gdzieś w podtekście. Czasami chodzi o śmierć konkretnej osoby – np. „Velvet Goldmine” to, zgodnie z tytułem, epitafium dla Davida Bowiego. Najczęściej wszakże dąży się tu do uogólnienia, do esencji. Jak postrzegamy umarłych, jak odnosimy się do własnej śmiertelności? Pozornie egzotyczna kultura Inuitów okazuje się nam bliższa i bardziej uniwersalna niż chcielibyśmy sądzić. „Jednorazowość” ludzkich imion („One”), przemilczanie umarłych („Niewinne słowo nie istnieje”, „Odwracamy się”), słowem – tabuizacja śmierci jest czymś, co znamy aż nadto dobrze.
Już na początku tomu zasygnalizowane zostają dwie chyba najistotniejsze w nim metafory. Otwierający książkę liryk „Lewa strona Matyldy” wprowadza obraz krążenia po kole lub spirali wznoszącej: „Tymczasem // ona wspina się po schodach / albo z nich schodzi. A może / ciągle krąży po obwodzie wieży, / malutkiej wieży w malutkim świecie, // o którym piszą inni”. Spirala wznosząca jest motywem znanym w kulturze Orientu (np. w indyjskiej muzyce stanowi regułę konstrukcyjną ragi; w jodze – symbol doskonalenia poprzez powtarzanie ćwiczeń). Ale wznoszenie może być złudne, bo z kolei w zachodniej kulturze obchodzenie czegoś wokół – to obraz bojaźliwego unikania sedna. Motyw chodzenia w koło powraca w tomiku wielokrotnie. Tak funkcjonujemy w obliczu lęku przed śmiercią, ale również przed… samopoznaniem. Wiersz „Ciemna woda” oparty jest na metaforze wody zalewającej piwnicę (zwyczajową alegorię podświadomości, ale w literaturze doby romantyzmu – również symbol krainy umarłych). Do piwnicy prowadzą „drzwi bez klucza” (czyli albo zawsze otwarte, albo nieustannie zamknięte). „Są takie miejsca, z których / nie można pić, / choćby słowa pęczniały w nich / jak usta” – brzmi pointa. Pewnych tajemnic nie możemy, bądź tylko nie chcemy odkryć.
Jednak trzeci w tomie, tytułowy wiersz odsłania całkiem inne znaczenie okrążania rzeczy i spraw. Mówi o funkcjonowaniu w ciemności, w której trzeba „patrzeć / na wyciągnięcie rąk, zataczać // koła i trzymać się ścieżek w lodzie”. Niewidomy, obmacując przedmiot, poznaje go poprzez dotyk i buduje w swym umyśle coraz precyzyjniejszy obraz nie widzianego. Identycznie zbudowane są wspomniane wyżej ciągi skojarzeń, stanowiące wszak zasadę konstrukcyjną wierszy Kariny Stempel. Kolejne metafory, obrazy, napomknienia „krążą” wokoło tajemnicy. Pozornie nawet jej nie wspominając, w istocie mówią o niej coraz to więcej i więcej.
Myli się ten, kto sądzi, że ton nowych wierszy poetki jest ponury. Nie, bo wiele tu ironii, dystansu, czasem swoistych żartów. Weźmy choćby utwór „Matylda lewicuje”, oparty na grze słownej: „lewicować” – „lewitować” (gdzie to drugie wydaje się być symbolem przyjemnego, lecz przemijającego oderwania od rzeczywistości). Z kolei w wierszu „Z nieodbytej podróży do Chile” żal z powodu niemożliwości poznania wszystkiego, co chcielibyśmy w życiu poznać, skryty został za zasłoną łagodnego pastiszu literackiego.
Ostatecznych odpowiedzi nie ma, bo być ich nie może. Przed tajemnicą nie da się uciec: „Postanawiamy założyć Nowe Nome, / ale z nazwą zabieramy echo” („Głosy”). Nie da się jej też rozwikłać: „język umarłych jest martwy. Można / zapośredniczać go bez końca, nie znając / paradygmatu” („Język umarłych”).
Ostatni w tomiku wiersz, „Geometria nieeuklidesowa”, jest dwuznaczny. Matylda wychodzi poza koło, udając się w drogę. Nie wiadomo, czy chodzi o podróż eschatologiczną (transcendencja?), czy jedynie o pożegnanie z obsesją, odmowę dalszego „krążenia wokół niej”. Pozostaje czekać na kolejny tomik, by przekonać się, czy Matylda powróci, a jeśli tak, to w jakiej roli.
Czas oczekiwania nie powinien się dłużyć. Wiersze z „Nocy w Nome” wymagają wielokrotnej lektury. Za każdym odczytaniem głębiej wnikamy w ich wielowarstwową metaforykę, odkrywając kolejne sensy. Z tą książką trzeba po prostu dłużej pobyć, warto też do niej wracać.
Nowy tomik Kariny Stempel świadczy o jej konsekwencji w podążaniu obraną drogą. Jest równocześnie świadectwem znaczącego postępu na tej drodze. Przykładem, że rozwój osobowości twórczej nie musi sprowadzać się jedynie do stałego doskonalenia technik pisarskich. Równie istotne jest ciągłe dookreślanie własnego, oryginalnego stylu.

Karina Stempel: Noc w Nome; Fundacja Duży Format; Warszawa, 2016. Wiersze, które złożyły się na książkę, zostały nagrodzone I miejscem (w kategorii: Po Debiucie) w 4. Ogólnopolskim Konkursie na Tomik Wierszy, organizowanym przez Fundację.

Jarosław Nowosad