aktualności

Rzeczy najpierw są rzeczami

Ekspresjonistyczne obrazy Anny Bochenek zagościły w olkuskiej Galerii Sztuki Współczesnej BWA. Kontrastujące zestawienia żywych barw i skłonność do upraszczania formy – to najbardziej widoczne cechy tego malarstwa. Wystawę otwarto w ostatnim dniu marca 2017 roku.
Chyba Jean-Michel Basquiat jako pierwszy zaproponował pewną bardzo szczególną formę tzw. nowego ekspresjonizmu. W swej twórczości wyraźnie nawiązywał do ulicznego graffiti, od którego zresztą zaczynał. Uproszczone kształty ludzi i przedmiotów, ostre barwy, element groteski charakteryzowały (i w swoim czasie czyniły bardzo oryginalnym) malarstwo przedwcześnie zmarłego amerykańskiego artysty.
Anna Bochenek – absolwentka toruńskiej ASP, profesor katedry sztuk wizualnych Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy, autorka kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i uczestniczka ponad stu zbiorowych – wydaje się w swym malarstwie wychodzić z nieco podobnych założeń, co Basquiat. Z tą wszakże różnicą, że jej wizja świata czerpie nie tyle z malowanych sprejem murali, jakie można zobaczyć na ulicach miast, co raczej ze sztuki pierwotnej, plemiennej, być może również dziecięcej. Innym ważnym źródłem inspiracji mogły być sytuacyjne mapki, plany zamieszczane w folderach obiektów rekreacyjnych lub wiszące na ścianach centrów handlowych.
Oto np. obraz plaży. Artystka nawet nie próbuje oddać perspektywy – ukazuje „rzut” terenu z lotu ptaka, w centrum „plaży” umieszczając postacie plażowiczów sprowadzone do paru kresek. Inne obrazy przypominają mapy dróg lub rzek, nadmorskich czy nadrzecznych przystani, obiektów sportowych. W „płaskie” pejzaże artystka „wprawia” czasem ludzi lub przedmioty, redukowane do jak gdyby symboli na mapie. Gdzieniegdzie, jak w „Zmierzchu zieleni”, pojawia się np. panel sterowniczy jakiegoś urządzenia, nadający całej wizji cechy fantastycznej maszyny. Zestawienia barw, jakich malarka używa, bywają czasami celowo dysonansowe, tworząc wrażenie migających neonów lub ekranów.
A jednak nie takie to wszystko proste. Prymitywizm tej sztuki jest pozorny. Przykładowo na wielu obrazach, niczym rodzynek w cieście, pośród uproszczonych form uwagę zwraca obiekt przestrzenny, czasami niemal realistyczny! Oto grupa postaci ludzkich. Ich wyraźnie podkreślone cienie czynią „figurki” jeszcze bardziej trójwymiarowymi, a jednocześnie upodabniają do pudeł rezonansowych skrzypiec lub kontrabasów. To tylko jeden z elementów zbliżających tę sztukę do surrealizmu.
Innym częstym zabiegiem jest swoiste mieszanie perspektyw. I tak we wspomnianym „Zmierzchu zieleni” w „plan” krajobrazu wkomponowano słońce, tak, jakby świeciło z powierzchni ziemi! Gdzie indziej geometryczne bryły „stoją” pionowo względem patrzącego, a zatem poziomo wobec przedstawionego świata… Uważnie przypatrując się tym płótnom wyzbywamy się nie tylko naszych pierwszych wrażeń prymitywizmu (a w każdym razie prostoty) tej sztuki. Przestajemy też być pewni, gdzie w ogóle jesteśmy i co w tym namalowanym świecie jest rzeczywiste, a co nie.
Niektóre z obrazów są zupełnie abstrakcyjne. Piętrzące się różnokolorowe formy wyrażają jedynie pewien nastrój, nie próbując przedstawiać niczego. Jednak najczęściej nawet zupełnie symboliczne kompozycje, jak cykl „Próba zgody”, zawierają wyraźne elementy symboliczne. Sylwetki żaglowców, zgeometryzowane kształty wydętych żagli, schodów, a przede wszystkim leitmotiv w postaci wyraźnych konturów tuneli, mogą symbolizować drogi komunikacji, ale symbolizm nie byłby możliwy bez swoistej dosłowności. Rzeczy najpierw są rzeczami, a dopiero potem symbolami.
Malarstwo Anny Bochenek jest dużo bardziej złożone niż się wydaje na pierwszy rzut oka. „Dziwne” zestawienia neonowych barw nie służą tu szokowaniu, prowokacji – jeśli już, to wyrwaniu nas z nieuważnej, rutynowej percepcji, z jaką odbiorca lub krytyk nieraz podchodzi do kolejnej i kolejnej zwiedzanej wystawy.
Ta sztuka ma wiele warstw. Trzeba spędzić dłuższą chwilę przed obrazami, trzeba poświęcić im trochę uwagi, by to odkryć. Potem wydaje się to już oczywiste.

tekst: Jarosław Nowosad

zdjęcia: Olgerd Dziechciarz