aktualności,  recenzje

W królestwie Dyrektora Alienacji. O książce Jarosława Prokopa „Człowiek z szóstego piętra”

W „Człowieku z szóstego piętra” Jarosław Prokop przywołuje postmodernistyczne fascynacje sprzed ćwierćwiecza. Wychodzi mu to dość zgrabnie.

Postmodernizm należy już dziś uznać za kierunek nieco przebrzmiały, ale to oczywiście nie powód do zarzutów. W końcu chłopcy z Marillionu, debiutując w roku 1983 (a więc w czasach dominacji heavy metalu i new romantic), również nawiązywali do pozornie „przebrzmiałych” wzorców psychodeliczno-progresywnych. Na przekór okolicznościom przyczynili się jednak do zapoczątkowania ważnego i owocnego nurtu neoprogresji. Nie „przebrzmiałość” wzorca jest więc istotna, tylko sposób, w jaki go wskrzeszamy. Jak to się udaje Prokopowi? Powtarzam: dość zgrabnie – ni mniej, ni więcej.

„Człowiek z szóstego piętra”, powieściowy debiut Jarosława Prokopa, jest zjadliwą satyrą na konsumpcjonizm i celebrytyzm, zawierającą elementy tzw. fantastyki religijnej, z domieszką współczesnego romansu i sensacji oraz istotnymi wątkami psychologicznymi. Pozorne kariery i bardzo realne upadki, polityk z kryminalną przeszłością, biznesmen jako „szara eminencja” manipulująca zza kulis życiem publicznym – oto obraz „wysokich sfer” początku XXI wieku… Trudno orzekać, ile w tym wszystkim rzeczywistych obserwacji socjologicznych, a ile stereotypów i tzw. „legend miejskich” – pamiętajmy, że postmodernizm żywił się na równi jednym i drugim. Równie typowe było dla niego, nadmienione wyżej, łączenie i mieszanie literackich konwencji.

Autora wypada pochwalić za fabułę. Bardzo sprawnie prowadzi on wielowątkową intrygę, czyniąc ją na tyle wciągającą, że trudno się od książki oderwać (a raczej trudno byłoby… ale o tym później). Duży plus, który dobrze rokuje na przyszłość! Każdy wątek ma swój sens i cel, każdy służy przesłaniu powieści i każdy znajduje swoje zwieńczenie. I coś mi mówi, że na podstawie tej powieści mogłaby powstać znacznie od niej lepsza adaptacja filmowa.

Świat „Człowieka z szóstego piętra” wypełnia też galeria wyrazistych postaci. Prawda, bywają one cokolwiek stereotypowe, ale w postmodernistycznej powieści to akurat nie tylko dozwolone, lecz nawet mile widziane. „Słodki drań” skrywający bolesną tajemnicę, która uczyniła go tym, kim jest. „Współczesny Kopciuszek” wyrwany zza lady kiosku z gazetami prosto w światła wybiegu dla modelek. Polityk z pierwszych stron gazet, snobujący się na człowieka o wysublimowanym guście, w istocie – prymityw, hulaka i erotoman. „Prostytutka o złotym sercu” – choć upadły, ale i tak anioł. Żebrak, któremu nagle się poszczęściło. „Poczciwy glina”, któremu powinęła się noga. I tak dalej. Co ciekawe, bohaterowie ci, mimo swej schematyczności, „w akcji” wypadają całkiem wiarygodnie. To również dobrze świadczy o autorze i daje nadzieję na dużo lepsze utwory w przyszłości. Może jedynie wątek romansowy zatrąca Hollywoodem, choć i to można złożyć na karb konwencji.

Jak przystało na postmodernistę (czy może neopostmodernistę?), Prokop wykazuje też pewną dozę erudycji – nie tylko w dziedzinie kultury masowej, której powieść przede wszystkim dotyczy. Centrum handlowo-usługowe jako świątynia kultu konsumpcji błyskawicznie przywodzi na myśl słynną scenę z Parkerowskiej ekranizacji „The Wall” (gdzie podobne „sanktuarium” powstaje na miejscu zburzonego kościoła). Nie od rzeczy przypomnieć też wizję piekła jako domu towarowego z wiersza Lawrence’a Ferlinghettiego „Dyrektor Alienacji” (zresztą Dyrektorem Alienacji z powodzeniem mógłby mienić się tytułowy bohater powieści). Saint Jesus™, jako „mesjasz nowej wiary” – konsumpcjonizmu podniesionego do rangi kultu – mimowolnie budzi skojarzenie z reklamowym monstrum, w jakie pewien koncern spożywczy przekształcił jednego biskupa z Bizancjum. Postać, nauka i życie owego „mesjasza” – to gorzka parodia Ewangelii… Poza tym narracja i dialogi bywają inkrustowane licznymi przytoczeniami ze świata popkultury. „Gadające głowy”, „giganci tańczą”, „zarobić na waciki” – te cytaty nabrały już rangi skrzydlatych słów i postacie chętnie z nich korzystają.

Gdy mowa o konsumpcjonizmie: ukazany w powieści „cykl przerobu” celebrytek wnosi oczywiście element groteski, ale i ukazuje istotną prawdę. Wcześniej równie dosadnie przedstawił to Ulrich Edel w swej ekranizacji „Dzieci z dworca ZOO” Christiany Felscherinow. Tam środkiem uzależniającym była heroina, tu – blichtr i „łatwe życie”, ale mechanizm jest identyczny. Osobom, które z konsumpcji uczyniły treść życia, konsumpcjonizm szybko ukazuje swoje brzydsze oblicze. Drugą stroną konsumpcji staje się bycie konsumowanym, przemiana z podmiotu konsumpcji w jej przedmiot.

Kiedy jednak przychodzi do głębszych rozważań, myśl tej powieści zupełnie „siada”. Ważkie w założeniu dysputy między wspomnianym Saint Jesusem™ a jego pierwowzorem, czyli Jezusem Chrystusem we własnej osobie, a potem również z tytułową postacią powieści, budzą odrobinę zażenowania – już nie to, że teologa (którym nie jestem i mienić się nie próbuję), ale osoby choć trochę zainteresowanej tematem! Niestety, przypomina to raczej roztrząsania zbuntowanego dwudziestolatka, który o Jezusie i chrześcijaństwie nic nie wie, a wstydzi się zapytać. Przykro mi, ale na tym poziomie rozważań – poziomie, jak by nie było, ostatecznym – gra schematami przestaje popłacać.

Jeszcze bardziej od konsultanta teologicznego przydałaby się autorowi pomoc dobrego redaktora. Nie tylko po to, by poprawić (nieliczne na szczęście, ale trafiające się tu i ówdzie) niedoróbki stylistyczne. Również nie tylko, aby skorygować równie rzadkie, niemniej rażące błędy rzeczowe (moneta jest kolista, nie owalna; piramida to nie stożek, lecz ostrosłup!). Przede wszystkim redaktor mógłby pomóc pisarzowi w powściągnięciu jego skłonności do wielosłowia, nadmiaru zdań, niepotrzebnego klarowania czytelnikowi tego, co i tak jest oczywiste. To właśnie ten nadmiar narracji nie pozwalał mi w pełni zatopić się w lekturze – gadulstwo czyni ją chwilami cokolwiek męczącą. To dlatego – chcąc być rzetelnym recenzentem – chwilami musiałem powstrzymywać swój wzrok od przeskakiwania akapitów lub prześlizgiwania się przez nie. Przydałoby się po prostu nieco skondensować język powieści. Często lepiej niż przegadać jest nie dopowiedzieć (choć i w tym drugim nie wolno popadać w przesadę).

„Człowiek z szóstego piętra” jest po prostu niezłym, inteligentnym czytadłem „z ambicjami” i próbą jakiegoś tam przesłania. Tylko tyle i aż tyle. Na ile przesłanie jest mądre i trafne – każdy musi ocenić sam. Czy Prokopowi uda się tą powieścią wzbudzić „nową falę postmodernizmu”? Śmiem wątpić. Będzie musiał się trochę bardziej postarać.

Jarosław Prokop: „Człowiek z szóstego piętra”; Rozpisani.pl, 2015.

Jarosław Nowosad