aktualności,  Proza

Felieton: W Polsce nie ceni się pisarzy

Z prawdziwą przykrością muszę stwierdzić, że w Polsce nie ceni się pisarzy. Więcej, nie tylko się ich nie ceni, ale nawet się ich nie szanuje. Mam na to dowody.

Było późno, fakt, ale czasami ówże czas nas zaskakuje tym, że upływa szybciej, niż nam się zdawało. I nagle, w najmniej odpowiednim momencie, ktoś przychodzi i mówi:

– Przepraszam, ale zamykamy!

Zerknąłem na mego towarzysza, wielkiego pisarza, z którym oliwiliśmy się już od ładnych kilku godzin. Wszystkie tematy godne dyskusji zostały wyczerpane. Dusze odleciały, zostały same ciała, które powoli również odmawiały posłuszeństwa.

Pisarzowi głowa opadała na piersi. Znacie ten krytyczny moment, kiedy głowa jakoś niepokojąco zbliża się do krawędzi stołu; bliska jest tak zwanego przybicia gwoździa.

Ale ja czułem się jeszcze jak młody Bóg; młody Bóg z ogromnym apetytem na boski nektar.

– Przepraszam, kolego, chcieliśmy jeszcze zamówić piwo, bo, niech mi pan wierzy, macie tu bardzo dobre piwo… – wyartykułowałem dość sprawnie ten skomplikowany wywód.

– Kolega, widzę, już ma dość. I panu też już wystarczy – powiedział kelner, na którym pochwała ich piwa nie zrobiła najmniejszego wrażenia.

– W żadnym wypadku nie mam dość. Nigdy dotąd tak dobrze się nie czułem! – zaprotestowałem. – Kolega też ocknie się definitywnie, jeśli tylko napije się piwa. Czy coś się stanie, jeżeli dostaniemy jeszcze po jednym piwie?

Nie miałem cienia wątpliwości, że – gdy zaistnieje wieszczona przeze mnie okoliczność – nic złego się nie stanie. Dałbym sto dolarów przeciwko główce kapusty, że będzie dobrze, nawet bardzo dobrze.

Kelner trzymał w rękach plastikowy drążek od mopa. Kapała z niego woda. Zastanawiałem się, czy służy tylko do mycia podłóg, czy także do przepędzania zawianych klientów.

– Stanie się! – rozwiał moje nadzieje.

– Co, niby, się stanie? – zapytałem głupio.

– Będę w domu później niż zwykle, a nikt mi nie płaci za nadgodziny! – Twardo to rzekł.

– Ale to jest znany pisarz… – zaprotestowałem, wskazując śpiącego obok.

– A niech sobie będzie nawet Szekspirem…

– To jest Szekspir! – wtrąciłem, próbując być dowcipny.

– …Ale ja nie jestem Dalajlamą! Nie mam jego cierpliwości! Za to mam dość tego baru i was! Zrozumieliście?! – Przeszedł zdecydowanie na pozycje agresywne. – Takich jak wy mam tu co wieczór i już mi zwisa, czy klienci są zadowoleni z mojej obsługi czy nie. Jakby wam przyszło do głowy straszyć mnie szefem, to też nic z tego. Powiedział ostatnio, że nieważne, co się dzieje, może nawet Rihanna siedzieć u nas na piwie, ja najpóźniej o drugiej mam zamknąć interes. On nie zna Szekspira, więc z nim też nic nie załatwicie.

Słuchałem go z otwartymi ustami. To był głos ludu, warto takiego głosu posłuchać, nawet po pijaku.

– Jak powiem, że znam twojego szefa, to coś da? – dyskretnie dałem znać, iż nie jestem jakimś tam anonimowym klientem, ale klientem ze sporymi znajomościami.

Miał te moje znajomości tam, gdzie ja go ewentualnie mogłem pocałować.

– Jeśli zaraz się stąd nie zabierzecie, to dzwonię do straży miejskiej. Potrzebne wam nieprzyjemności?

– Spokojnie, człowieku, tobie nigdy nie zdarzyło się zasiedzieć w knajpie? – byłem ugodowy.

– Codziennie jestem później w domu przez takich jak wy. Mam już tego serdecznie dość. Czy ja nie mam prawa do odpoczynku? Czy kupując to piwo, kupiliście także mój wolny czas, mój sen i moje pragnienie odpoczynku?

No, co ja mogłem odpowiedzieć na takie słowa?! Ale on nie czekał na moją reakcję. Podszedł jeszcze bliżej. Byłem już w zasięgu mopa.

– Możecie wreszcie wstać?! Muszę zebrać kufle, odsunąć stoliki i zamieść podłogę. Nikt za mnie tego nie zrobi. Wy sobie pójdziecie do drugiej knajpy, zamówicie po piwie, potem pójdziecie do następnej, aż gdzieś padniecie. Później będziecie gnić w wyrach do obiadu, a ja będę musiał wstać o siódmej, bo piwo przywożą o ósmej… Ktoś musi odebrać beczki, wtoczyć je na zaplecze, podpisać faktury, przygotować lokal na przyjście takich jak wy nierobów, i tak w kółko…

– Nie pójdziemy do innej knajpy! – zaprotestowałem. – Nas już z dwóch wywalili. Podobno ta jest ostatnią otwartą o tej porze… – argumentowałem najlogiczniej jak się dało.

– To idźcie pod most! – on na to.

Przebiegłem w myślach mapę miasta; cholera, w pobliżu nie było żadnego mostu. Był wiadukt, ale przecież wiadukt to nie most, no, może trochę…

– To co?! Możecie się już wynosić?! Dobranoc, żegnam, spierd…

Miałem ogłosić wszem i wobec, że takiego gadania sobie nie życzę. Chciałem dodać kryptocytat, że jestem mistrzem pierwszego kroku, ale wtedy ocknął się mój pisarz. Popatrzył na kelnera ciężkim wzrokiem.

– Ciziuuuu, jaaaaka to stacja? – zapytał.

– Końcowa! Stacja Męki Pańskiej – warknął kelner.

Towarzysz mojej męki zerwał się z krzesła z energią, o jaką go nie posądzałem.

– O! To jaaaaaa, chooooolera, muszę wyyyyysiadać – jęknął.

I wypadł z baru, wrzeszcząc:

– Łaaaaaaaaaaaaaaaa!

Musiałem gonić mojego pisarza, bo zgubić pisarza, to jak zgubić szczęście. Za sobą usłyszałem westchnienie barmana.

– Szekspir, k.. jego mać! Jaki bar, tacy klienci…

Dzwoneczek zawieszony w drzwiach, jego radosny dźwięk, słusznie uznałem za ostatni akord zbyt długiego dnia.

Olgerd Dziechciarz

(fot. Internet)