|

Marek K.E. Baczewski „Bogdan”. Pamięci Bogdana Dworaka (1933-2020)

Publikujemy tekst krytycznoliteracki poświęcony pamięci Bogdana Dworaka, prozaika, poety, felietonisty, redaktora, regionalisty związanego z Zawierciem.

Tekst ów, autorstwa Marka K. E. Baczewskiego, pochodzi z najnowszego numeru kwartalnika literacko-artystycznego „Afront”.

Fot.: Marceli Ślusarczyk.

Polecamy.

Bogdan

Pamięci Bogdana Dworaka (1933-2020)

Dlaczego człowiek nie może trwać zamknięty w samym sobie? Dlaczego goni za wyrazem i formą, usiłując wyzuć się z wszelkich treści i jakoś uładzić chaotyczny, niesforny proces? Czy nie byłoby pożyteczniej zatonąć w nurcie wewnętrzności, nie myśląc zgoła o żadnej obiektywizacji, i smakować tylko z cichą rozkoszą najintymniejsze swoje porywy i poruszenia? Gdyby to się człowiekowi udało, przeżywałby w sposób nieskończenie wprost intensywny i bogaty cały ów wewnętrzny wzrost, który dzięki doświadczeniom duchowym może osiągać pełnię. Rozmaite, wielopostaciowe przeżycia stapiają się w jeden wielki, nadzwyczaj płodny płomień. W wyniku takiego wzrostu, podobnego do piętrzenia się morskich fal lub zachwycenia muzyką, rodzi się doznanie aktualności, skomplikowanej obecności treści duchowych. Gdy człowiek pełen jest samego siebie – nie w sensie pychy, ale bogactwa – gdy odczuwa mękę wewnętrznej nieskończoności i krańcowego napięcia, znaczy to, że żyje w sposób tak intensywny, iż czuje, jak umiera z nadmiaru życia. Doznanie to jest tak rzadkie i dziwne, że właściwie powinniśmy przeżywać je, krzycząc. Czuję, jak to jest, gdybym musiał umrzeć z nadmiaru życia, i zastanawiam się, czy ma jakikolwiek sens szukanie wyjaśnienia. Kiedy wszystko, co nosisz w sobie jako duchową przeszłość, zaczyna nagle pulsować w tobie z niesłychanym napięciem, kiedy całkowita, zupełna obecność aktualizuje zamknięte w tobie doświadczenia i gdy rytm traci swoją równowagę i jednostajność – wówczas z wierzchołków życia spadasz w śmierć, choć w jej obliczu nie ogarnia cię owa groza, jaka towarzyszy męczącej obsesji śmierci. Jest to uczucie podobne do tego, jakiego doznają kochankowie, gdy w kulminacyjnym momencie szczęścia przelotnie, choć i wyraziście, staje przed nimi obraz śmierci; albo do chwil niepewności, kiedy właśnie rodzi się miłość i razem pojawia się przeczucie końca lub porzucenia.

[…]

Z tego samego powodu liryzm stanowi bodziec do rozpraszania subiektywności, ponieważ wskazuje na rozpłomienienie się w człowieku życia, którego nie można okiełznać i które niepowstrzymanie domaga się wyrażenia, Być lirycznym znaczy nie móc trwać zamkniętym w samym sobie. Ta potrzeba uzewnętrznienia jest tym intensywniejsza, im liryzm jest intymniejszy, głębszy i bardziej skupiony. Dlaczego liryczny jest człowiek, gdy cierpi lub jest zakochany? Dlatego, że te stany, jakkolwiek różnej natury i różnie ukierunkowane, wypływają z najgłębszych i najintymniejszych warstw naszego jestestwa, z istotowego centrum naszej podmiotowości, które jest czymś w rodzaju strefy projekcji i promieniowania. Liryczny stajesz się wtedy, gdy życie w tobie pulsuje jakimś elementarnym rytmem i gdy doznanie to jest tak potężne, iż syntetycznie mieści w sobie całość sensu osobowości. To, co jest w nas jedyne i specyficzne, urzeczywistnia się w formie tak ekspresywnej, że pojedynczy osobnik osiąga rangę powszechnika. Najgłębsze subiektywne przeżycia są zarazem doświadczeniami najbardziej uniwersalnymi, gdyż dosięgamy w nich najpierwotniejszych złóż życia. Prawdziwa interioryzacja wiedzie do powszechności niedostępnej tym, którzy pozostają gdzieś na peryferiach. Pospolita interpretacja powszechności upatruje w tym raczej formę złożoności rozciągłej niż wsobność jakościową, bogatą. Dlatego liryzm jest dla niej zjawiskiem peryferyjnym i poślednim, produktem duchowej niezborności. Tymczasem należałoby zauważyć, że liryczne zasoby subiektywności świadczą o nadzwyczajnej wewnętrznej świeżości i głębi[1].

Pomyślałem sobie jakiś czas temu, by ofiarować Bogdanowi na drogę urywek tekstu. Dla Bogdana ta droga jest ostatnia; fragment pochodzi z książki Emila Ciorana Na szczytach rozpaczy (Pe culmile disperării). Podobnie jak Bogdan, był Cioran człowiekiem tyrad. Często rozmyślałem, słuchając w niemym zachwyceniu epickich popisów Bogdana, z jak klarowną precyzją słowa rumuńskiego filozofa nazywają ten niebywały wulkan energii ludzkiej. Nie noszę literatury rumuńskiej dwudziestego wieku w głowie, czego ogromnie żałuję. Przypasowałem do postaci Bogdana ogólne pojęcie tekstu. Dopiero w jakiś czas po śmierci Bogdana usiadłem do pisania niniejszego eseju i zlokalizowałem rozdział w dziele autora Na szczytach rozpaczy. To w zasadzie początek książki; rozdział nosi tytuł A fi liric (Być lirycznym), polskojęzyczny cytat został podany w przekładzie Ireneusza Kani. Te bibliograficzne uwagi mają niepierwszorzędne znaczenie, a jednak pierwszorzędne. Szczyty rozpaczy to debiut Ciorana, być może owym „byciem lirycznym” filozof próbował nazwać własną dezercję z kręgu nieożywionego świata milczenia w obszar zastrzeżony dla bytów władających językiem, oddających się zagadkowej fanfaronadzie ekspresji. Temu pierwszemu światu (reprezentowanemu w konwencjonalnej symbolice przez figurę kamienia) przypisze filozof kumulację energii, temu drugiemu – akt sejsmicznego wyładowania.

„Liryczność” w świetle intuicji Ciorana byłaby rodzajem afektywnego intelektu. Ten mechanizm niewiele ma wspólnego z psychologicznym aparatem pojęciowym „inteligencji emocjonalnej”, rozumianej po prostu jako dyspozycja jednostki do racjonalnego zarządzania domeną życia emocjonalnego. Tu chodzi o intelekt, który w akcie świadomej decyzji wybiera drogę serca.

I mamy jeszcze jedną kreskę do szkicu maski pośmiertnej Bogdana. Rzecz to oczywista (lojalnie uprzedzam), że wypisy z Ciorana stanowią w niniejszym szkicu metaforę poznawczą, a w obrębie metodologii biograficznych metafora okazuje się w istocie rzeczy wyrazem bezsiły autora, aktem kapitulacji – przybranym dla niepoznaki w szaty biograficznej elukubracji. Szukam metafory, ponieważ Bogdan był i pozostał dla mnie jedną wielką zagadką.

Jego postawa dyskursywna w oczywisty sposób odsyła do płynnego jądra kultury oralnej, w której nie istnieją gatunki literackie jako domknięte retoryczne kategorie, istnieje tylko czyste opowiadanie, mowa w stanie dziewiczym i wolnym od ograniczeń formy. W uniesieniu, w natchnieniu, strzelając iskrami z oczu, nadmiernie, właśnie nadmiernie, jakby go było za dużo, jakby się w sobie cały nie mieścił, jakby z siebie się cały wylewał. W rapsodycznym ferworze człowiek wyrywa się ze ściśle określonych ram i miesza swe ciało z przyrodą. Tak to już zostało zapisane w planie natury, że niektórzy ludzie nie uczą się mówić, ale od razu przemawiać. Tak właśnie mówił, z całych sił, z przepony, z duszy, serca i z całej reszty. Tak perorował, tak konkludował, tak summasummarował, tak snuł galanteryjne dyskursy, tak eksplikował, adhortował i laudował, świętoszkował i świntuszył. Książę ekstrawertyków, pan na utraconych włościach, lord lepszych czasów, wirtuoz życiowych porażek, kustosz sentymentów. Bogdan, cały on.

Kim był? Jak zrozumieć jego energetyczne monologi – jeremiady, tyrady, gawędy? Jakiemu bóstwu swady, jakiej muzie elokwencji, jakiemu świętemu patronowi aktorskiej modulacji głosu składał ofiarę ze swych dynamicznych wystąpień? Być może to jest to, co Cioran nazywał w przytoczonym tekście „zupełną obecnością” (prezenţă totală), która jest obecnością nadmiaru, obecnością spalającą tych, którzy mają w niej udział[2]. Ale jeśli owa obecność nazywa jakiś fakt, to o jaką obecność tu chodzi, obecność czego?

Z not biograficznych sporządzanych na okoliczność rozmaitych publikacji (nietrudno założyć, że przy aktywnym udziale samego autora) przebija portret literata o temperamencie regionalisty. Mnie w tym szkicu interesuje raczej charakter, niepokorna, niepohamowana osobowość twórcy z Zawiercia. Aczkolwiek wątku widzialnej biografii na pewno nie sposób pominąć.

Twórcze portfolio Bogdana zdominowane jest przez formy oralne. Był mistrzem żywiołowych wystąpień, wykładów, prelekcji telewizyjnych i radiowych. Nie widziałem, by kiedykolwiek czytał z kartki względnie posługiwał się – tak lubianymi przez bohaterów publicznych wystąpień – „świstkowymi” planami wypowiedzi ukrywanymi dyskretnie w dłoni. Z ową oralnością dorobku Bogdana mam właśnie pewien kłopot. Wydaje mi się po prostu, że drukowana puścizna nie odzwierciedla prawdziwych rozmiarów tej niebywałej postaci. Z tą konstatacją wiąże się mój apel o przewertowanie – przynajmniej pobieżne – domowych archiwaliów zawierciańskiego autora. Zwłaszcza chodzi o oryginalne utwory literackie natury fabularnej (na tę dziedzinę artystycznego wyrazu nader pragmatyczny Bogdan patrzył z przesadną skromnością). Własnym honorem (tudzież własną głową) potwierdzam fakt ich istnienia. Te dwie skromne rzeczy gotów jestem również dać w zakład, że są to teksty wpisujące się w tradycję historyczno-kulturalną Zawiercia.

Nadal wydaje mi się, że Cioranowe pojęcie „liryczności” dociera w pewien sposób do samego jądra osobowości Bogdana, a jednocześnie ukazuje paradoks werbalizacji. Wypowiadanie zdań utrzymanych w ryzach językowej logiki jest możliwe tylko wobec stanów zredukowanych – wpierw poeta kochał nie do wysłowienia, potem zmniejszyła się jego miłość tak, że mógł ją wysłowić. Niewiara we własny talent literacki – krzepkość osobistego stylu, osobistej frazy, osobistej figury – ale także pewien rodzaj respektu połączonego z tremą. Jak sam wyznawał, ilekroć zasiadał do pisania, wspomnienie tytanów światowej literatury po prostu mroziło mu serce, paraliżowało od wewnątrz. Wykluczał, by ot, taki zwykły Boguś z Zawiercia mógł się w jakikolwiek sposób mierzyć z nieosiągalnymi wyżynami kunsztu artystycznego.

Tak należałoby tłumaczyć stosunkowo skromny wymiar objętościowy dorobku literackiego Bogdana. Przy okazji przyznam, że w rozmaitych notatkach biograficznych niebywale trudno znaleźć źródło publikatorskie prezentujące bibliografię Bogdana w sposób uporządkowany. Tworzę więc to źródło tutaj.

  • Obrzęk, K.H.K., Kraków 1994, s. 12 (wyd. II, Fundacja Przyroda i Człowiek, Kostkowice 2015, s. 11).
  • Korzenie czy ksenofobia. Moje Zawiercie, Leksykon, Katowice 1995, s. 133.
  • Fora ze dwora(k). Wybór felietonów z lat 1985–1997, Axon, Zawiercie 1998, s. 168.
  • Liryczne duperelki, Towarzystwo Miłośników Ziemi Zawierciańskiej, Zawiercie 2007, s. 49.
  • Dokumenty i ludzie. Zarys monografii Cechu Rzemiosł Różnych w Zawierciu, Cech Rzemieślników oraz Małych i Średnich Przedsiębiorców, Zawiercie 2007, s. 200.
  • Mieszkam za darmo w każdym z was. Wybór szkiców literackich z lat 2010–2012, Fundacja Przyroda i Człowiek, Kostkowice 2013, s. 286.
  • …ale było i było… Felietony z lat 2010–2011 publikowane w Głosie Zawiercia”, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zawiercie, Zagnańsk 2015, s. 231.

Nota bibliograficzna wymaga komentarza. W pierwszym rzędzie uzupełniam listę legendarnym debiutem poetyckim Bogdana, równocześnie sumitując się z ewidentnego zaniedbania. Nie mam danych bibliograficznych tej pozycji: Obliczone z metafor (rekomendowany rok wydania 1984). Publikacja nie została odnotowana w katalogach ani BN, ani ISBN; najprawdopodobniej ma charakter druku ulotnego.

Nie wymieniam prac, do których Bogdan przyczynił się na zasadzie współautorstwa, względnie tytułów, które opatrzył przedmową lub posłowiem. I nie chodzi tu wyłącznie o pozycje literackie, lecz również o publikacje historyczne, regionalne wydawnictwa krajoznawcze, okazjonalne etc. Miał spontaniczną zdolność krytycznej syntezy, umiejętność wychwytywania najważniejszych punktów omawianego utworu i lokalizowania jego treści w obrębie tradycji zarówno chronologicznej, metodologicznej, jak i gatunkowej – odpowiednio do natury dzieła będącego obiektem krytycznego namysłu.

Nie muszę chyba dodawać, że był Bogdan rozchwytywanym autorem addendów (a to kunszt literacki najwyższego lotu, jako że jego materia okazuje się najmniej odporna na przegadanie bądź też niedogadanie). Przeważnie chwalił, o tak, ale w odróżnieniu od innych pisarzy i badaczy zajmujących się tym służebnym, skromnym gatunkiem literackim wpierw znajdował, za co pochwalić, potem dopiero chwalił.

Krótkie podsumowanie twórczości pisanej Bogdana zacznę od garści uwag na temat samej materii językowej. Że nie podejmował prac literackich wbrew tradycji języka, wśród cech stylistyki Bogdana warto wyróżnić: szlachetność frazy, oszczędne gospodarowanie metaforą (aczkolwiek, jak to zostało powiedziane, metaforą nader wyrafinowaną), poczucie rytmu żywego słowa – swoistego w dziedzinie wypowiedzi prozatorskiej i nadającego retorycznej warstwie utworu „gawędziarskiej” lekkości (przy czym należałoby podkreślić, że ta ostatnia diagnoza niejednokrotnie utrudnia dostęp do wnikliwszych prób rozpoznania właściwości autorskiego warsztatu). Dysponował językiem klarownie jasnym, unikającym przesadnych ekstrawagancji, czy to archaizmów, czy to neologizmów – owych terminów oznaczanych w słownikach języka polskiego epitetem „książkowy”. To wcale nie oznacza, że inaczej nie potrafił. Sądzę, że chodziło o świadomą decyzję dotyczącą profilu potencjalnej grupy odbiorców. Pisał dla współsióstr i współbraci, zwyczajnych, znużonych codziennością, wydeptujących niestrudzenie szare trotuary ukochanego Zawiercia. Posługiwał się znakomicie stylem akademickim, niemniej, jak sądzę, tak po prostu nie chciał, żeby pomiędzy nim a czytelnikami/słuchaczami wzniósł się jakikolwiek mur górnolotnej wypowiedzi.

Własną twórczość w dziedzinie literatury pięknej traktował, oględnie ujmując problem, niepriorytetowo. Mówiąc konsekwentnie językiem Cioranowej hipotezy biograficznej, Bogdan raczej koncentrował się na kondensacji „liryczności”, która dla rumuńskiego filozofa stanowi wykładnik duchowego bogactwa. Liryczny dorobek Bogdana nie jest obfity (i nawet to jest eufemizmem). Obejmuje on raptem dwie pozycje z podanej wyżej listy publikacji: Obrzęk oraz Liryczne duperelki. Po zsumowaniu wychodzi 60 stron widzialnego dzieła. Co to za wiersze? Wszystkie wiersze są tradycjonalistyczne, ale nie podam argumentu polegającego na unikaniu argumentacji. Najciekawsze ze względu na strukturę formalną są utwory oparte na intensywnej, skandowanej w trakcie recytacji linii melodycznej, dającej efekt dynamicznego podbicia szybkiego metrum. Muzyczność utworu poetyckiego jest tradycją idącą z kultury antycznej. Równocześnie dominanta znaczeniowa tej liryki została położona nie na głównym temacie wiersza (on może być nawet pomijalny), lecz na kształcie i gradacji efektów retorycznych, owych środków poetyckiego wyrazu, jakimi spędzają nam sen z powiek polonistki wszystkich układów planetarnych. Funkcja przewagi aparatury stylistycznej nad treścią wiedzie z kolei wprost do utrwalonej w historii literatury formy konceptu, formy typowej dla baroku, który co prawda był epoką obskurantyzmu, lecz uczonego obskurantyzmu, i wydał takich tytanów literatury, jak George Herbert, John Donne oraz – last not least – William Szekspir (nie mówiąc o poecie sir Walterze Raleighu, dzięki któremu my, Europejczycy, możemy się cieszyć dymem z papierosa). Będą to zatem utwory, w których w procesie interpretacji da się jedynie ustalić tendencje dyskursywne, nie sam dyskurs, jedynie wrażenie, posmak sensu. Chodzi o elementarny atrybut liryki – przekaz uczucia.

W 2007 roku wydał pracę monograficzną poświęconą środowisku zawierciańskich rzemieślników Dokumenty i ludzie. Nie omawiam treści tego wydawnictwa, ponieważ w żaden sposób nie czuję się kompetentny w dziedzinie krytyki tego rodzaju dzieł dokumentalistycznych (literackością publicystyki Bogdana zajmuję się odrębnie). Zwracam jednakowoż uwagę na znakomity metodologiczny wstęp do wspomnianego dzieła. Tekst ten (pominąwszy kwestię specjalistycznego warsztatu) pokazuje, że pisanie książek to czynność, która winna się cechować ścisłością, pedanterią i możliwie jak najmniej kojarzyć z seksem.

Prawdziwą literacką ucztę stanowi tom wspomnieniowych szkiców Mieszkam za darmo w każdym z was. Jedynym prozatorskim dziełem spośród wymienionych zaskarbił sobie Bogdan nieprzytomną admirację wśród zawierciańskich czytelników. Jest to wycieczka po dziejach rodzinnego miasta, utrzymana w sentymentalnym tonie i oglądana z perspektywy autobiograficznych przeżyć, podszyta elegijnym wzruszeniem, acz napisana z biglem i humorem, językiem dobitnym, pożywnym i prostym, rzeźbionym z muzyczną dbałością o akcenty, kadencje i pauzy, opartym na stylistycznym majstersztyku Sienkiewicza i Dąbrowskiej, komunikującym najbardziej wstrząsające emocje w sposób obiektywny, dyskretny i elegancki. Nie wiadomo tylko, jak tej wspomnieniowej prozie, prozie faktu, przyporządkowano podtytuł Wybór szkiców literackich – co stanowi rozpoznanie, owszem, słuszne (jako że esej to gatunek literacki cechujący się stosunkowo niskim współczynnikiem ograniczeń formalnych), tyle tylko, że intuicyjnie niepierwszorzędne.

Najpokaźniejszą liczebnie grupę w gronie publikacji książkowych stanowią zbiory tekstów publicystycznych. Mamy mianowicie trzy takie pozycje: Korzenie czy ksenofobia, Fora ze dwora(k) oraz …ale było i było… Ze względu na naturę niniejszych rozważań pomijam prasowy trybut w postaci tekstów interwencyjnych lub okazjonalnych, okolicznościowych. Nie zajmuję się tym obszarem literackiego dziedzictwa Bogdana, ponieważ trudną rzeczą jest nazywać integralność twórcy, konfrontując się z materiałem o tak różnorodnych intencjach. Aczkolwiek i w tej doraźnej materii można by się dopatrzyć literackich afiliacji. Felieton jest formą pośrednią między literaturą piękną a dziennikarstwem, a literackość tej formy polega mniej więcej na tym, że od autorów oczekuje się tekstów utrzymanych w indywidualnym stylu językowym, a nie reprezentacji skonwencjonalizowanych sztanc języka prasowego. Jeżeli chodzi o metodę twórczą Bogdana w zakresie tego rodzaju formy literackiej, bardziej interesujące będzie przypomnienie genezy omawianego gatunku. Termin „felieton” odsyła mianowicie do kategorii tekstów publicystycznych będących puścizną epoki oświecenia. W istocie rzeczy felietony Bogdana zachowują w głębinowej strukturze coś z owej dydaktycznej misji, jaka cechowała wytwory pióra szermierzy społecznego postępu – Aroueta, Diderota, Swifta (to ostatnie rozpoznanie zostało potwierdzone w osobistej rozmowie z piszącym te słowa).

Istnieje jednak druga twarz publicystycznych pogawędek Bogdana, i ta wydaje mi się bardziej interesująca. Chodzi mianowicie o teksty, w których poświęcał się pasji dokumentalistycznej, dziejopisarskiej, śledząc z nienaganną skrupulatnością cienie dawnego życia społeczno-kulturalnego Zawiercia i – w szerszej perspektywie – Zagłębia Dąbrowskiego. Gdybym ukuł na użytek mniejszego szkicu pojęcie „tematu życia”, ulubionego przedmiotu studiów badawczych, niewątpliwie z taką materią mielibyśmy do czynienia w przypadku naszego Autora.

Kłopot w tym, że były to studia niesystematyczne; ich rezultaty nie dotarły do nas w postaci sumiennej pracy pisarskiej. Mamy jedynie świadectwa rozproszone, w formie publicystycznych przyczynków, anegdot i parergów. Także tych bardziej ulotnych form narracji – wykładów publicznych, telewizyjnych, radiowych, w końcu (pojęcie „temat życia” wskazuje wszak na integralność postawy) towarzyskich, prywatnych rozmów. Treść absolutnie nie do odtworzenia na piśmie (być może poza mającymi usystematyzowany charakter wykładami i audycjami radiowymi, w których składniki żywej mowy – powtórzenia, wtrącenia – mają swoje uzasadnienie retoryczne). Postaram się w takim razie naszkicować coś z ducha.

Uważam, że jest coś takiego jak Bogdanowe testimonium – pulsujące na obrzeżach tekstów literackich, felietonów, żywych wypowiedzi, wykładów – integralne i swoiste świadectwo, jedyny w swoim rodzaju sposób organizacji literackiego materiału, jedyny w swoim rodzaju sposób pielęgnacji świata przedstawionego wciąż na nowo i na nowo za pomocą zmiennych form retorycznych, stabilne gwiezdne jądro, wokół którego krążą zapętlone w eleganckim tańcu planety opowiadań, wierszy, anegdot. Niewiele mogąc obiecać, nie czuję się jednak zwolniony z obowiązków interpretatora. Jasne, że literaturę tworzy namiętność: Lust zu fabulieren. Problem w tym, że nie wiemy, jaka to namiętność.

Historia badań literackich pokazuje, że tajemnicy osobowości twórczej nigdy nie udaje się zrekonstruować do końca. Chyba że w grę wchodzi artysta rynkowy. O tak, żądza pieniądza nadaje ludzkim biografiom cechę przezroczystości i czyni je niewartymi ofiary atramentu. Ale Bogdan nie był pisarzem rynkowym. Był pisarzem gatunkowym, owszem. Ale jak tu podejść profesjonalnie do pisania książek o mieście, w którym działa tylko jedna księgarnia?

Jeśli Czytelnika nużą erudycyjne kontredanse, proszę sobie darować kilka następnych akapicików. Zwłaszcza tych z obcojęzycznymi cytatami. Muszę przygotować narzędzie analityczne do dalszych studiów. Lepiej je mieć, niż go nie mieć.

Pierwszym, intuicyjnym rozpoznaniem gatunkowym byłoby zaliczenie twórczości Mistrza z Zawiercia do kategorii „literatury małych ojczyzn” (termin ukuty bodaj przez Przemysława Czaplińskiego na wzór używanego w niemieckim kręgu kulturowym pojęcia Heimatdichtung)[3]. Konstatacja jest o tyle wygodna dla badacza, że pozwala odsunąć na drugi plan regionalizm wraz z jego faktograficznym trybutem. Twórczość Bogdana reprezentuje najcenniejszy bodaj pogłos, jaki pozostał po szerokim wylewie prozy tożsamościowej z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Książki te, w przeważającej części powieści, odzwierciedlały w dużym stopniu swoistą „modę na nostalgię”; nieodrodnym składnikiem nurtu stały się lamenty archiwaliów: Hanemann Stefana Chwina czy też cykl powieściowy o komisarzu Mocku Marka Krajewskiego[4]. Niemniej w stosunku do większości narracji domniemanie o korzystaniu z bagażu osobistych wspomnień wydaje się niepodważalne.

Wspólną cechę szerokiej reprezentacji prozy „małych ojczyzn” końca dwudziestego wieku stanowiło występowanie na ogólnokrajowym rynku wydawniczym. Dwaj czołowi gdańscy reprezentanci gatunku Stefan Chwin i Paweł Huelle wywodzą się ze środowiska akademickiego, ostentacyjnie demonstrują filologiczną wiedzę „jak zrobić powieść”. Podobnie jak i filolog klasyczny Marek Krajewski. W przypadku wymienionych autorów nie sposób wykluczyć czynnika dobrego opanowania technik researchu.

W oparciu o taką diagnozę można byłoby postawić całej formacji zarzut sztuczności. Krzysztof Uniłowski tak podsumował koniunkturę prozy „małoojczyźnianej”: „Czas pokazał, że idea «małych ojczyzn» odpowiadała potrzebom literackiego establishmentu, została więc szybko podjęta, ale też ze szczętem zużyta w obszarze głównego nurtu”[5]. Faktem jest natomiast, że prąd literacki „małych ojczyzn” wydał jedną noblistkę (autorkę powieści Dom dzienny, dom nocny), niemniej z początkiem XXI wieku stracił na znaczeniu w obrębie debaty krytycznoliterackiej, nadto jeszcze przestał być kategorią ogólnopolskiego rynku wydawniczego.

Co wcale nie oznacza, że zszedł ze sceny. Przeniósł się do kręgu małych, często lokalnych wydawnictw względnie do sfery self-publishingu. Ze względu na rozproszenie przestał być obserwowany w ogólnokrajowych mediach (trudno, żeby było inaczej, skoro publikacje nie lądują na biurku profesora Przemysława Czaplińskiego!).

Występując w swoim czasie w szerokiej liczebnie masie, dał jednak rozpoznać teorii literatury swe tendencje, predylekcje i fobie.

W obrębie kategorii towarzyszących rozpoznaniu tego rodzaju intymistycznych retrospekcji pojawiają się automatyzmy determinujące użycie konkretnych technik literackich: mit dzieciństwa, arkadyjski idealizm świata przedstawionego (i, z drugiej strony, jego materialna sensualność przejawiająca się w namiętnym katalogowaniu zapamiętanych przedmiotów użytku codziennego), celebracja egzotyki „dawnych sposobów życia”, szczególna koncentracja na wydarzeniach natury inicjacyjnej, formującej (stąd obfita obecność opisów różnego rodzaju prywatnych rytualiów: funeraliów, maritaliów etc.), pomieszanie hierarchii punktów orientacyjnych: ulice mają zawsze nazwy, lecz numery domów ulatują z pamięci (na ulicy Ogrodowej w kamienicy, która dziś już nie istnieje, naprzeciwko drewniaka garbatej Hanki). Ostatni trick retoryczny pokazuje, jak bardzo jest ten sposób konstruowania narracji odległy od rygorów czystej deskrypcji. Rysuje się nie krajobraz i nawet nie mapę, lecz legendę mapy[6].

Większość z tych chwytów narracyjnych znajdziemy w prozie Bogdana.

Jeszcze jedno. Regionalizm w domenie literatury oznacza gromadzenie – często bezkrytyczne – pamiątek literackich związanych z danym miejscem. Tymczasem pojęcie Heimatdichtung będzie oznaczało zupełnie inną postawę – raczej artystyczną niż kolekcjonerską – i niewątpliwie wymaga przyjęcia polskiego odpowiednika. Z tej przyczyny, mając w pamięci poczynione wyżej zastrzeżenia, zostajemy przy terminie „literatura małych ojczyzn”.

Tak jak Adam Mickiewicz miał stworzyć swój wielki epos o „małej ojczyźnie” pod wpływem lektury Pamiątek Soplicy Henryka Rzewuskiego, również i dwudziestowieczni piewcy „małych ojczyzn” mieli swego prekursora. Być może nie chodziło Brunonowi Schulzowi o objęcie patronatu nad gronem adeptów prozy „małoojczyźnianej”. Opatrzność jednak chciała inaczej.

Autor z Drohobycza nie pozostawił po sobie zbyt wielu rozważań natury estetycznoliterackiej. Jeden niewielki tekst zwraca uwagę[7]. Mityzacja rzeczywistości ma postać artystycznego manifestu. Szkic Schulza przedstawia poglądy autora w sposób fragmentaryczny, jest pełen ogólników. Powstał najprawdopodobniej w reakcji na krytykę Sklepów cynamonowych – zarzucano autorowi grzech odstępstwa od realizmu.

Pisarz w pierwszym rzędzie odnosi się sceptycznie do wiarygodności językowych przedstawień rzeczywistości:

Zapominamy o tym, operując potocznym słowem, że są to fragmenty dawnych i wiecznych historyj, że budujemy, jak barbarzyńcy, nasze domy z ułamków rzeźb i posągów bogów. Najtrzeźwiejsze nasze pojęcia i określenia są dalekimi pochodnymi mitów i dawnych historyj. Nie ma ani okruszyny wśród naszych idei, która by nie pochodziła z mitologii – nie była przeobrażoną, okaleczoną, przeistoczoną mitologią[8].

Literatura nie jest wymarzonym materiałem do tworzenia ejdetycznego portretu rzeczywistości. Język w swej funkcji przedstawieniowej buduje obraz świata na zasadach pełnej autonomii. Tego obrazu nie sposób nazwać światem, a jeśli trzeba go jakoś określić, to raczej przynależy się owemu nowemu bytowi miano drugiego świata. Świata, który traci materialną spoistość na rzecz sensu. Taki jest cel literackiej magii autora Sanatorium pod klepsydrą. Schulz wie, że mapy miast literackich rysowane są czułą kreską na wewnętrznej stronie ludzkich powiek. Produktem językowych procesów mimetycznych jest zdaniem pisarza całkowicie inny, autonomiczny byt. Ten byt Schulz nazywa mitem. Mityzacją jest więc samo opowiadanie o rzeczywistości, opisywane przez klasyczne poetyki jako mimetyczna referencja. Mit według Schulza to wydarzenie realnego świata ujęte w ramy literackiej fabuły. W akcie poetyckiego pisania, pisania skoncentrowanego na kształcie słów, dochodzi do rekonstrukcji jakiegoś prajęzyka. W tym sensie idee Schulza należałoby zaliczyć do grona tych teorii językowych, które uznają, że język bierze na siebie zbyt wiele funkcji i wszystkie je pełni źle.

U poety słowo opamiętuje się niejako na swój sens istotny, rozkwita i rozwija się spontanicznie według praw własnych, odzyskuje swą integralność. Dlatego wszelka poezja jest mitologizowaniem, dąży do odtworzenia mitów o świecie. Umitycznienie świata nie jest zakończone. Proces ten został tylko zahamowany przez rozwój wiedzy, zepchnięty w boczne koryto, gdzie żyje, nie rozumiejąc swego istotnego sensu. Ale i wiedza nie jest niczym innym, jak budowaniem mitu o świecie, gdyż mit leży już w samych elementach i poza mit nie możemy w ogóle wyjść[9].

W miarę obcowania z literaturą coraz intensywniej odczuwamy, że realna rzeczywistość przestaje dla nas stanowić solidne oparcie, a jej przymioty – rzetelność, zwyczajność, prawda – stopniowo zaczynają migrować do krainy mieszczącej się w granicach milczącego tekstu. Schulz napisze w pierwszych zdaniach swojego manifestu:

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste[10].

A oto fragment z zakończenia utworu:

Uważamy słowo potocznie za cień rzeczywistości, za jej odbicie. Słuszniejsze byłoby twierdzenie odwrotne: rzeczywistość jest cieniem słowa[11].

Z pewnością Bruno Schulz widziany przez pryzmat swych dzieł prozatorskich byłby najwierniejszym patronem i sojusznikiem Bogdana. Jest jednak pewna różnica. Schulz nie mógł się oprzeć instynktowi dygresji, wchodził we wszystkie zaułki opowiadanych historii i znał za dużo słów. Bogdan patrzył na prozę (na tyle, na ile mogę oceniać; widziałem niewiele) przez pryzmat żelaznej logiki konstrukcyjnej. Jego twórczość natury beletrystycznej zaczyna się od szkieletu; na pierwszej pozycji autor stawia zagadnienia dotyczące formalnej strony utworu. Tak jak nici narracji felietonistycznej Bogdana z wielkim powodzeniem mogą się zacząć odplątywać w dowolnym miejscu kłębka, tak jednakowoż teksty fabularne rządzą się nienaganną dyscypliną strukturalną.

Należałoby równocześnie zaznaczyć, że termin „literatura małych ojczyzn” – jako ustalona w debatach krytycznych nazwa nurtu, do którego proponuję zaliczyć literacki ślad Bogdana – wywodzi się w całości z domeny socjologii literatury, nie podejmuje więc kwestii estetycznych, strukturalnych względnie gatunkowych. Socjologia literatury w opinii piszącego te słowa zajmuje się badaniem raczej społeczeństwa niż literatury, nadto obierając sobie za przedmiot materię fantazmatyczną i poddaną artystycznym procedurom mityzacyjnym. Tak się składa, że kanoniczne dzieła w obrębie „literatury małoojczyźnianej” opisują miejsca geograficzne najbardziej przekształcone magią literackiego kunsztu: „drohobycka Klondike” Brunona Schulza, Huculszczyzna Stanisława Vincenza czy wreszcie Gorgany Jurija Andruchowycza (dodanie do tej listy podwodnego miasta R’lyeh Howarda P. Lovecrafta naprawdę nic nie zmieni w zakresie znaczeniowym omawianego pojęcia).

I żeby było jasne: staram się przedstawić mechanizm odbioru tego rodzaju opowieści. W żaden sposób nie roszczę sobie pretensji do formułowania tez na temat procesu twórczego leżącego u podstaw narracji; sądzę, że tym procesem zarządza czysta energia kronikarskiej pasji, pasji kolekcjonowania zbioru faktów oznaczonych jako posiadające jedną cechę wspólną. W tym znaczeniu życiowa misja Bogdana: tworzenie kultury, windykacja i opisywanie dziedzictwa tradycji kulturowej regionu, miała przede wszystkim wymiar kumulatywny: zdarzenie X plus zdarzenie Y plus zdarzenie Z.

O tak. Lecz pod powierzchnią opisanych zdarzeń pulsuje i drga tajemnicze intymne wezwanie – wezwanie do nadania bezstronnemu przepływowi faktów charakteru obiektywnej formy. Wtedy zaczynają się perypetie zwane w wielkim uproszczeniu fikcją literacką. Każda taka narracja, w której docieka się znaczenia zdarzeń – czy jednostkowych, czy uniwersalnych – z natury rzeczy okazuje się snuciem mitu. Cały kłopot w tym, że – jak przeczytaliśmy przed chwilą u Schulza – w artystycznym utworze literackim słowa chodzą własnymi ścieżkami.

Sięgnijmy do innego tekstu, a będzie nim wiersz Johna R.R. Tolkiena Mythopoeia. Tytuł jest neologizmem na gruncie nowoczesnej teorii literatury[12], stanowiącym złożenie dwóch greckich słów: „mythos” (mit) i „poiesis” (tworzenie, twórczość). Spolszczenie tytułu Twórczość mityczna niosłoby zatem dwa znaczenia: 1) znaczenie ogółu dzieł mitycznych oraz 2) znaczenie procesu twórczego prowadzącego do powstania takiej literatury. Utwór ten został napisany w 1931 roku, a inspiracją do jego stworzenia była wymiana zdań między Tolkienem a Clivem S. Lewisem podczas jednego ze spotkań w Oksfordzie. Kontrowersja była elementarna, dotyczyła cywilizacyjno-kulturowego znaczenia mitu. Biograf Tolkiena przedstawia jej przebieg następująco:

But, said Lewis, myths are lies, even though lies breathed through silver.

No, said Tolkien, they are not […][13]

O co chodziło Lewisowi z tym „kłamstwem wydychanym przez srebro”? Może to koan, może to kenning? Nie wiadomo, przyszły autor Opowieści z Narnii nigdy tego nie ujawnił.

Zbulwersowany kłótnią Tolkien miał napisać w odpowiedzi poemat Mythopoeia, zresztą intencje autora potwierdza dedykacja nad tekstem: „To one who said that myths were lies and therefore worthless, even though «breathed through silver»”[14] („Dla tego, kto powiedział, że mity są kłamstwami i z tego powodu pozbawione są wartości, choćby nawet były «wydychane przez srebro»”). W wierszu autora Władcy pierścieni pojawia się portret twórczego człowieka: to mały twórca dzierżący „własne małe złote berło (own small golden sceptre)” i „władający subkreacją (Sub-creator)”.

Następujący czterowiersz z Mythopoei Tolkiena wydaje się w pewien sposób korespondować z myślą Schulza:

Yet trees are not „trees”, until so named and seen

and never were so named, till those had been

who speech’s involuted breath unfurled,

faint echo and dim picture of the world […][15]

Proponuję przekład prozatorski: „Lecz drzewa nie będą «drzewami», dopóki nie zostaną nazwane i zobaczone, / i nigdy nie zostaną nazwane, dopóki nie uczyni tego ktoś, / kto mowy splątany oddech rozprostuje, / mdłe echo, zamglony obraz świata”[16].

Niepokojąca jest ta przemiana drzew w „drzewa”. Ale to już zupełnie inna historia.

Wiemy, że w powieściach fantastycznych Tolkiena przestrzeń mimetyczna ogranicza się do powidoków autentycznych postaci i zdarzeń[17]. Władza kreacyjna mythopoesis okazuje się atrybutem godności człowieka, który w przeciwnym razie zostaje wchłonięty przez procesy ekonomiczne nowoczesnego świata.

Man is not wholly lost nor wholly changed.

Dis-graced he may be, yet is not dethroned,

and keeps the rags of lordship once he owned,

his world-dominion by creative act:

not his to worship the great Artefact […]

Człowiek nie jest całkiem zgubiony ani nie uległ całkowitej przemianie. / Może być w niełasce, lecz nie został pozbawiony tronu / i zachował strzępy panowania, jakie niegdyś było jego udziałem, / władzę nad światem poprzez akt tworzenia: / nie jego rzeczą jest czcić wielki Artefakt […]

Tolkien wielokrotnie później odwoływał się do tego pojęcia i rozbudował jego definicję[18]. Zdaniem autora Władcy pierścieni tworzenie mitów (mythopoeia) to najwyższa władza ludzkiego umysłu.

Nawiasem mówiąc, zaczerpnięty od Tolkiena termin „mythopoesis” żyje własnym życiem i podlega redefinicji w kręgu literaturoznawców zorientowanych na badanie powieści fantastycznych. Chciałbym jednak pozostać przy pierwotnym Tolkienowym rozumieniu mythopoei, tak bliskiemu Schulzowej koncepcji „władzy słów”.

Nieważne, jak bardzo spekulatywna byłaby ta część filozofii twórczej obydwu artystów, która dotyczy „usensowniania” świata za pośrednictwem snucia fabularnych opowieści bądź też władzy kreacyjnej nad rzeczywistością osiąganej dzięki wypowiadaniu słów na jej temat, najbardziej interesująca zbieżność w poglądach pisarzy pojawia się wtedy, kiedy obydwaj deklarują potrzebę istnienia dziedziny lingwistyki wolnej od utylitarnych ambicji. Tą dziedziną ma być zarówno „mityzacja” Schulza, jak i „mythopoeia” Tolkiena.

Narracje Bogdana spełniają wszelkie kryteria Tolkienowej mythopoei. Mit aktualizuje wszelkie opisywane wydarzenia, ścieśnia je w obrębie strumienia mowy, pozbawia koordynatów chronologicznych, zależności przyczynowo-skutkowych, zawęża bądź rozszerza czas ich trwania. Wielkie i małe wydarzenia spadają na głowę czytelnika/słuchacza wszystkie jednocześnie, i te dobre, i te złe. Obojętnie, czym to Zawiercie/Zagłębie z opowieści Bogdana jest – czy czymś dobrym, czy czymś złym – zostaje podane w zbyt wielkiej porcji, w postaci nadmiernie zmasowanej. Jest go za dużo, jest wszędzie. Wyrasta ponad możliwości ludzkiej percepcji. Jego kontury rozpływają się, a człowiek traci rozeznanie, czym ono jest, a czym nie jest. Takiego miejsca, z jego rozchwierutaną topografią, nie ma na żadnej mapie, szczególnie na mapie ludzkiego rozsądku.

Jak to działało w praktyce? Proszę bardzo: sądzę, że najbardziej lukratywną formą kontaktu z żywym strumieniem wypowiedzi Bogdana będzie lektura jego wywiadów prasowych.

Zachęcam do przeprowadzenia eksperymentu. Czytelnik może wykonać tę pracę w dowolnym momencie, w dowolnym miejscu i będąc w dowolnym nastawieniu psychicznym. Niezbędny jest tylko dostęp do sieci. Sięgamy po pierwszy lepszy wywiad prasowy z Bogdanem[19] – najlepiej, żeby był to dłuższy wywiad – i studiujemy. Niekoniecznie z namaszczeniem i ważąc racje każdego z osobna argumentu. Nie, po prostu dajmy się ponieść strumieniowi słów. Płyńmy razem z jego meandrycznym nurtem i pozwólmy zawładnąć naszą uwagą tej słowiańskiej Szeherezadzie. Dajmy się poprowadzić płynnej materii języka. Sam wykonałem na sobie takie ćwiczenie. Idealnym obiektem do eksperymentu będzie rozmowa Remigiusza Okraski z naszym Bohaterem, dostępna na stronie internetowej Zawiercianin.pl pod tytułem Ateny nad Wartą? O dorobku literackim Zawiercia z Bogdanem Dworakiem rozmawia Remigiusz Okraska[20]. Nieważne, co tam się mówi – choć nie ma wątpliwości, że mówi się tam rzeczy ważne – chodzi o rytm, kadencję i akcent. Z tych cegieł da się zbudować Kapitol na Akropolu. A na szczycie Kapitolu wznieść kolejny Akropol. Słowa wspinają się na barki innych słów. Coraz wyżej i wyżej. Czytałem ten tekst z wypiekami wszędzie, gdzie tylko mogą pojawić się wypieki, i czekałem tylko, aż na scenę wkroczy Richard Gere w roli sir Lancelota z Jeziora. U boku Seana Connery’ego w roli królowej Ginewry. Takie wywiady przywracają rzeczom poważnym nierozważnie utraconą śmieszność. Ale w tym miejscu pojawia się oczywiste pytanie. Czy to wszystko prawda? W pewnym sensie tak. W pewnym sensie wszystko to poważne i uczone. Nie ma tam żadnego sowizdrzalstwa, żadnej sofisterii. Tyle że chwilami odnosimy wrażenie, jakby prawda dzieliła się na dwie płci – do pewnego stopnia komplementarne, do pewnego stopnia antagonistyczne – i jakby pełne obcowanie z prawdą wymagało zapędzenia obydwu wrogich cząstek elementarnych do jednego legowiska.

Zapraszam Czytelnika do skosztowania kawałka tego niezwykłego literackiego rachatłukum:

Bogdan Dworak.: Jerzy Maciążek z Blanowic, absolwent historii Uj,w sposób fachowy szpera w dokumentach, żeby udowodnić, iż jego rodzinne Blanowice też mają coś wspólnego z Atenami. I udało mu się. twierdziłem, że tradycja literacka w Zawierciu zaczęła się na początku XX w., jednak Maciążek wyszperał, iż w Blanowickim dworku mieszkał Wojciech Stanisław Chrościński. W tym dworku 12 sierpnia 1703 r. zmarła jego ukochana żona, Agnieszka z Woodów. Zrozpaczony małżonek napisał kilka sonetów. Oto fragment jednego: Puste kąty moje! Żal i niepokoje W złudzenie w sercu, odnawiając blizny, Ilekroć wejdę na wasze puścizny Gmach osierociały Czyni wstręt niemały! Utwory te odkrył profesor Uj, J.S. Bandkie w 1830 r. Zarzucano poecie naśladownictwo Kochanowskiego, ale jego twórczość należy do schyłku polskiego baroku. […] W okresie 20-lecia międzywojennego pierwsze kroki na parnas postawił Julian Majcherczyk. Urodził się w 1908 r. w Zawierciu przy nieistniejącej już ul. Ogrodowej, w czynszowej kamienicy. Z wielodzietnej robotniczej rodziny poszedł w świat. Ukończył seminarium nauczycielskie w Wilnie, był nauczycielem na Kresach. W 1933 r. wyjechał do Francji, aby uczyć polskich emigrantów. Pierwszym sukcesem literackim Majcherczyka była i nagroda w konkursie na powieść współczesną, ogłoszonym przez „Kurier poranny” w Warszawie. „światła wśród nocy”, drukowane w odcinkach, cieszyły się popularnością wśród czytelników. niewątpliwym sukcesem pisarza jest przyznanie mu srebrnego wawrzynu przez polską akademię literatury w 1937 r. Majcherczyk to autor 16 książek. Wszystkie zawierają wątki autobiograficzne. w powieści „świat mojej przygody” tak portretował swą młodość w Zawierciu: „z okresem niepodległości zaczęły się jednak nowe kłopoty. Wielkie zakłady przemysłowe zostały zamknięte, a tłumy bezrobotnych wyległy na ulice. Miasteczko nasze dusiło się w bezczynności i nędzy. Sytuacja była ciężka i bez wyjścia. oczekiwana i z takim wielkim wysiłkiem wywalczona wolność podobna była do niewiasty uratowanej z płonącego domu: obdarta, skrwawiona, głodna, tuliła swoje dzieci do łona, karmiąc je słowami nadziei. Życie w takich warunkach stało się koszmarem”. Julian Majcherczyk w 1998 r. odwiedził Zawiercie. […] Cierpię na nadmiar patriotyzmu lokalnego, ale z dość odległej ulicy Marszałkowskiej pierwszą powieść z akcją w realiach Zawiercia napisała Halina Snopkiewicz, która przed wyjazdem na studia mieszkała tam u ciotki. Snopkiewicz była absolwentką żeńskiego LO w Zawierciu. studiowała medycynę, lecz przerwała naukę i poświęciła się literaturze. Akcja debiutanckiej powieści „słoneczniki” toczy się wśród uczennic zawierciańskiego liceum, do którego uczęszczała autorka[21].

A teraz proszę porównać z innym zjawiskiem z dziedziny literatury światowej:

O zdobywaniu łask i miłości

Przygotowawszy kawałek pergaminu z napisanymi na nim odpowiednimi słowami i czyniąc przy tym wszystko tak, jak to jest opisane w odpowiednich rozdziałach, i przestrzegając dnia i godziny, umieść to wszystko w odpowiednim miejscu i po zapaleniu kadzidła wypowiedz następującą modlitwę:

Modlitwa

O ADONAI, Najświętszy, Najbardziej Prawy i Najpotężniejszy Boże, który uczyniłeś wszystkie rzeczy poprzez Twoją Prawość i Miłosierdzie, którymi jesteś przepełnion, uczyń nas godnymi tego, by to dzieło znalazło uznanie w Twoich oczach i okazało się doskonałym, tak, by z Twego Najświętszego Tronu spłynęło na nas światło, o ADONAI, które zdobędzie nam łaski i miłość.

Gdy to powiesz, zawiń zaklęcie w czysty jedwab i zakop je na jeden dzień i jedną noc na rozstajach dróg; a kiedykolwiek będziesz pragnął otrzymać od kogoś jakąś łaskę, weź je i konsekrowawszy je uprzednio wedle wszystkich zasad, umieść je w swej prawej ręce i wybierz się po to, co nie zostanie ci odmówione. Lecz jeśli nie wykonasz wszystkiego w sposób najdokładniejszy i najostrożniejszy, nie odniesiesz w żaden sposób sukcesu.

Zaś by otrzymać łaski i miłość, napisz następujące słowa:

SATOR, AREPO, TENET, OPERA, ROTAS, IAH, IAH, IAH, ENAM, IAH, IAH, KETHER, CHOKMAH, BINAH, GEDULAH, GEBURAH, TIPHERETH, NETZAH, HOD, YESOD, MALKUTH, ABRAHAM, ISAAC, JACOB, SHADRACH, MESHACH, ABEDNEGO, bądźcie wszyscy obecni i udzielcie mi pomocy we wszystkim, co pragnąłbym otrzymać[22].

Prawda, że różnice są minimalne; w zasadzie – zaniedbywalne? Nie chodzi tu bynajmniej o naskórek, chodzi o namiętność, o żądzę tworzenia kształtów i sytuacji, jakie nie istnieją w realnym świecie. W końcu obydwa teksty cechuje podobna żarliwość, która wyklucza postawę ironiczną, persyflaż, pastisz, przemienną grę w słowa i w bezsłowie.

No cóż, może ten ostatni tekst jest troszkę bardziej profesjonalny.

Wywiad Okraski z Bogdanem to artefakt reprezentatywny dla tego rodzaju dyskursu performatywnego, jakiemu nieco wyżej daliśmy miano „mityzacji”. Przeczytajmy tekst uważnie i zastanówmy się. Czy Zawiercie to rzeczywiście Ateny? Jasne, że tak. A skąd to wiemy? Ponieważ Bogdan tak mówi. I dopóki Bogdan mówi, Zawiercie pozostanie Atenami.

Chyba że przedmiotem wywodu Bohatera naszego szkicu nie było Zawiercie, lecz „Zawiercie”.

Przypomnijmy, że Cioranowa „liryczność”, jeśli ulega uzewnętrznieniu (skądinąd zdaniem filozofa nie jest to rzecz zalecana), manifestuje się, przybrawszy postać żarliwości. Wróćmy jeszcze na chwilę do książki rumuńskiego myśliciela (to już fragment kończący rozdział Być lirycznym):

Stan liryczny to stan poza formami i systemami. Nieokreślone, płynne wewnętrzne prądy zlewają się w jeden poryw, wszystkie elementy życia duchowego stapiają się jakby w jeden idealny nurt – i wytwarzają mocny, pełny rytm. Wobec wyrafinowania kultury o maskujących wszystko, skostniałych formach i ramach, liryzm jest wyrazem barbarzyństwa (lirismul este o expresie barbară). W tym właśnie tkwi jego wartość, że jest barbarzyński, to znaczy jest tylko krwią, szczerością i płomieniem (sânge, sinceritate şi flăcări)[23].

Wydawałoby się, że Bogdan nie mówił nigdy o rzeczach obojętnych. To nieprawda. Bogdan nigdy nie mówił tak, jak gdyby mówił o rzeczach obojętnych. W tym sercu ciągle coś się gotowało i ciągle coś wrzało. Ale czy znajdowało ujście? Często zdarzało się, że inne opinie wygłaszał publicznie, inne natomiast prezentował w intymnym gronie przyjaciół. Nie sądzę, żeby chodziło tu obłudę, matkę pieczeniarzy i zdrajców. Postawę Bohatera naszego elaboratu należałoby odczytać ponownie i dać jej nową postać. Bogdan używał języka w funkcji mityzacyjnej. Wiedział, że miejsce nie jest tym, co stanowi samo z siebie o swojej magii, o magii miejsca. Magię miejsca stwarza dopiero opowieść o miejscu. I nie człowiek sam z siebie jest magiem. Dopiero wtedy, gdy ogłosi, że jest magiem. Dzięki opowieściom Bogdana Zawiercie stawało się to Paryżem Jury, to Wenecją Zagłębia Dąbrowskiego, to znowu Atlantydą województwa stalinogrodzkiego. Stosownie do wymogów chwili. Tak prawdziwy mitopoeta rozpina nad chaotyczną ciżbą zdarzeń nieprzemakalną czaszę sensu. I nie liczy się wcale to, że wszystkie mrówki na Atlantydzie, nawet te zbudzone w środku nocy, szczekają jednym głosem, że Zawiercie to dziura w dziurawej dziurze. Bądźmy szczerzy. Do czegóż byłyby nam potrzebne inne miejsca, jeśli nie do tego, żeby działy się tam interesujące rzeczy?

Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że dziedzictwo kulturowe jest sztafażem i pozłotą, blichtrem i laserunkiem. Splendor tradycji polega na ruchu; etymologia łacińskiego słowa „traditio” prowadzi do rynsztunku proceduralnego rzymskiego prawa cywilnego i przywołuje pełen zakres czynności formalnych związanych z przeniesieniem posiadania (po spełnieniu dodatkowych warunków – dotyczących, na ogół, czystego serca – w akcie traditio dochodzi również do przeniesienia własności). Z tych samych źródeł etymologicznych wywodzi się angielskie słowo „trade” – handel. I tak tradycja w dziedzinie twórczości literackiej polega na tym, że słowa autora stają się własnością czytelników. Równocześnie w obrębie ruchomej tradycji literackiej następuje typowy, swoisty zespół zjawisk motorycznych: precesja, entropia, clinamen.

Cóż, podkreślę tylko na koniec, że w niniejszym szkicu została przedstawiona prywatna opinia piszącego te słowa i owa opinia dotyczy sposobu, w jaki należałoby i warto byłoby odczytać dorobek publicystyczny zawierciańskiego autora. Próba robienia ze schedy literackiej Bogdana czegoś, czym owa scheda nie jest, wydaje mi się kontrproduktywna i pozostająca poza domeną intencji oraz ambicji samego Bohatera mojego tekstu. Nazwę te postawę osobistą hierarchią dziedzin aktywności. Ten wątek otwiera równocześnie obiecującą perspektywę badawczą, jeżeli chodzi o dorobek piśmienniczy zawierciańskiego Autora. Wiersze zawsze można oceniać przez pryzmat zmiennych kaprysów natchnienia; publicystykę – złożyć na karb wymogu bieżącej chwili. Tymczasem temat „małej ojczyzny” Bohater naszego szkicu wybrał, być może, z nakazu serca, lecz faktem jest, że poświęcił temu przedmiotowi mnóstwo intelektualnego mozołu. Jesteśmy skazani na poruszanie się po terytorium objętym flautą; mam wszelako nadzieję, iż wyprawy na obszar twórczości literackiej Bogdana nie będą bezowocne.

Cóż jeszcze, co powinienem zauważyć – nie jako tropiciel śladów i jakości literackich, lecz jako człowiek? Natura romantyczna, niestrudzona i wolna od małostek. Spontaniczna i naturalna, nade wszystko bezinteresowna religijność, dyskretna namiętność do drobiazgów symbolizujących majestat wspomnień: filiżanek, kieliszków, niewiadomego pochodzenia panopliów. Cały biedermeier bogatego życia, skomplikowana architektura osobistych wspomnień. Wydawało się, że nie musi nic pisać, bo sam jest elementem staroświeckiej powieści. Taki był Bogdan, taki był świat Bogdana.

Pozwolę sobie zakończyć tę pracę anegdotą historyczną.

Opowieść biograficzną poświęconą Demostenesowi zaczyna Plutarch od przytoczenia zdania, jakie miał pono wypowiedzieć Eurypides w hymnie pochwalnym na zwycięstwo Alkibiadesa w olimpijskich wyścigach rydwanów: jeśli człowiek ma być szczęśliwy, musi mieć sławną ojczyznę. Plutarch, ma się rozumieć, nie podziela tej opinii. „Szczęście człowieka – konstatuje historyk – zależy przede wszystkim od jego charakteru i usposobienia”[24]. Ludzkie szczęście jest więc w mniemaniu autora Żywotów równoległych stanem w najściślejszym sensie subiektywnym; przynależy bez reszty do sfery prywatnej; nie jest korelatem ani przyczyną sprawczą psychiki, lecz jej produktem. Plutarch pisze: „Śmieszną byłoby rzeczą przypuszczać, że na przykład miejscowość Iulis, będąca maleńką cząstką nieznacznej wyspy Keos, albo Ajgina, o której jakiś Ateńczyk powiedział, że trzeba ją usunąć jak ropę z oka Pireusu, mogą wydawać dobrych aktorów i poetów, ale nigdy nie zdołają wydać człowieka sprawiedliwego, zadowolonego z siebie, rozumnego i wielkodusznego”[25]. Plutarch wyraża bodaj opinię przytłaczającej (i rozumnej) większości ludzi, pisząc: „[…] cnota niby jakaś silna i trwała roślina zapuszcza korzenie wszędzie, gdzie tylko napotka szlachetną naturę i ducha gotowego do pracy nad sobą. Dlatego i my sami, jeżeli czasem nie umiemy myśleć i żyć jak należy, nie możemy przypisywać tego skromnym możliwościom naszej ojczyzny, słusznie natomiast postąpimy, przypisując winę samym sobie”[26]. Talenty, słowem, rodzą się na każdej glebie i z każdego miejsca na świecie rozciąga się jednakowa perspektywa kariery. Wyjątkiem od tej zasady jest praca historyka. Ten istotnie potrzebuje sławnej i ludnej ojczyzny, dobrze zaopatrzonej biblioteki.

Plutarch dał skądinąd przykład szczególnego patriotyzmu. Osiadł na stałe w beockiej Cheronei. Miejscowość ta liczyła 457 mieszkańców w 2011 roku naszej ery (dane ze spisu ludności), 146 osób podczas pierwszego liczenia w 1835 roku tej samej ery. Plutarch zmarł około 125 roku, również tej samej ery. Miał swojego Piętaszka?

Mimo iż nie było to miejsce wymarzone dla historyka, to przecie ojczyste. „Ja sam mieszkam w małym mieście i nie chcąc, by ono jeszcze bardziej podupadło, chętnie w nim pozostaję”[27]. Tak pisze sławny Cheronejczyk.

A zatem nie ojczyzna tworzy nas – powie Plutarch – to my tworzymy ojczyznę.


[1] Kto nie lubi czytać przypisów, niech nie czyta. Czasem bywa tak, że treści przelewają się przez serce twórcy, artysty słowa. Wtedy należy zamieścić odsyłacz bibliograficzny do literatury, w której takie treści zostały wyrażone. Oto źródło cytatu: E. Cioran, Na szczytach rozpaczy, przeł. I. Kania, Kraków 1992, s. 35–37.

[2] Aktywność tego rodzaju temperamentu znakomicie obrazuje słynne, anegdotyczne powiedzonko Winstona Churchilla: „[…] do not interrupt me while I’m interrupting!” („nie przerywaj mi, kiedy ja przerywam!”).

[3] Niewątpliwie jako strategia klasyfikacyjna w obrębie utworów literackich powstających pod wpływem mimetycznego imperatywu realizmu określenie „literatura małych ojczyzn” może być zawodne: każdy taki utwór implikuje istnienie jakiejś „małej ojczyzny” będącej tłem opisanych zdarzeń. Niemniej jednak na gruncie potocznego zrozumienia możemy stworzyć system negatywnych parametrów identyfikacyjnych: nie „w Warszawie”, nie „w Polsce, czyli nigdzie”, nie „w podróży”.

[4] Paweł Huelle zwraca jednak uwagę na perspektywę podwójnego zakorzenienia dotyczącą tak zwanych „repatriantów” na Ziemiach Zachodnich. Perspektywa ta miałaby polegać na intelektualnej recepcji lokalnego dziedzictwa nowego miejsca zamieszkania i sensualnej (reistycznej) pamięci opuszczonych miast i krain. Patrz: P. Huelle, Ojczyzna w Europie, w: Ojczyzna w Europie. Materiały z międzynarodowej konferencji, red. F. Altenberger, M. Braun, J.S. Hambura, M. Kurkowska, A. Urbańska, D. Urbańska, Warszawa 2004, s. 33–39.

[5] K. Uniłowski: Elitarni, popularni, głównonurtowi, niszowi. Między obiegami współczesnego życia literackiego. W: Kanon i obrzeża, red. I. Iwasiów, T. Czerska. Kraków 2005, s. 76.

[6] Więcej na temat figury krytycznoliterackiej „literatury małych ojczyzn”: P. Czapliński, Wzniosłe tęsknoty. Nostalgia w prozie lat dziewięćdziesiątych, Kraków 2001.

[7] Prawda, jest jeszcze „demiurgia” ze Sklepów cynamonowych – postulat tworzenia niezależnie od rezultatów.

[8] B. Schulz, Mityzacja rzeczywistości, w: tegoż, Opowiadania. Wybór esejów i listów, oprac. J. Jarzębski, Wrocław 1998, s. 384.

[9] Tamże.

[10] Dz. cyt., s. 383.

[11] Dz. cyt., s. 385.

[12] Termin ten pojawiał się jednak w kręgu tzw. aleksandryjskiej szkoły filologicznej. Plutarch np. używa słowa mythopoiema (μυθοποίημα) na określenie „fabularnej narracji”, słowa mythopoeia (μυθοποιία) – na określenie „tworzenia fabuł”. Spotyka się również rzeczownik mythopoios (μυθοποιός) oznaczający „twórcę fabularnych historii” (Platon, Lukian z Samosat). Za: H.G. Liddell, R. Scott, A Greek-English Lexicon (1940), wersja elektroniczna: www.perseus.tufts.edu, dostęp 2.08.2020. Pierwsze wystąpienie pojawiło się w Państwie Platona (fr. 377b), gdzie filozof domaga się cenzury wobec mythopoiosa, który nie zna umiaru w opowiadania nieobyczajnych historii o bogach (w dalszym ciągu następuje długa lista nieobyczajności). „Więc zdaje się, że przede wszystkim wypadnie nam patrzeć na palce tym, którzy mity układają (mythopoiois) i jak ułożą jaki ładny mit, to go dopuścić, a jak nie, to go odrzucimy” (Platon, Państwo, przeł. Wł. Witwicki, Kęty 2003, s. 73). Nasuwa się wniosek, że w czasach Platona wyraz mythopoios miał negatywne konotacje.

[13] H. Carpenter, J.R.R. Tolkien. A Biography, Boston 1977, s. 147.

[14] Oryginalny tekst wiersza za źródłem internetowym: https://web.archive.org/web/20080204173206/http://home.ccil.org/~cowan/mythopoeia.html, dostęp 2.08.2020.

[15] Tamże.

[16] Tekst Tolkiena (podobnie jak inne zamieszczone tutaj fragmenty tego samego pisarza) w przekładzie mojego autorstwa – M.B. Po prostu nie widzę innego wyjścia, jak wziąć na własną głowę odpowiedzialność za rozwikłanie tajemnicy dziwnej metafory z trzeciego wiersza naszego urywka. Poetyckie tłumaczenie tekstu na język polski dostępne w: J.R.R. Tolkien, Drzewo i liść oraz Mythopoeia, przeł. J. Kokot, M. Obarski, K. Sokołowski, Poznań 1994.

[17] Powstał skorowidz autentycznych miejsc sportretowanych w twórczości fantastycznej Tolkiena: J. Garth, The worlds of J.R.R. Tolkien. The places that inspired Middle-Earth, Princeton 2020.

[18] Przywołana wyżej polska publikacja Tolkiena Drzewo i liść stanowi właśnie wybór takich tekstów.

[19] Oto zestaw podręczny: 1) Bogdan Dworak: „Polacy zawsze wygrywali, tak jak wygrywaliśmy z bolszewikami – wygramy z mass kulturą”. WYWIAD (https://wpolityce.pl/kultura/226984-bogdan-dworak-polacy-zawsze-wygrywali-tak-jak-wygrywalismy-z-bolszewikami-wygramy-z-masskultura-wywiad); 2) Bogdan Dworak mówi nam dlaczego jest dumny z bycia zawiercianinem oraz jak ocenia naszą kulturę (https://zawiercie.naszemiasto.pl/bogdan-dworak-mowi-nam-dlaczego-jest-dumny-z-bycia/ar/c13-1617379); 3) Ateny nad Wartą? O dorobku literackim Zawiercia z Bogdanem Dworakiem rozmawia Remigiusz Okraska (http://www.zawiercianin.pl/news/main/ateny-nad-warta-o-dorobku-literackim-zawiercia-z-bogdanem-dworakiem-rozmawia-remigiusz-okraska). W tytułach prasowych zachowuję pisownię oryginału – M.B.

[20] Tylko proszę mi się strzec ze wszystkich sił albo kopiować link z przypisu zamieszczonego powyżej, ponieważ na rekomendowanym portalu figurują dwa łudząco podobne teksty, a w tym drugim interlokutorzy zamieniają się rolami i Okraska mówi to, co w autentycznym tekście winien powiedzieć Bogdan, Bogdan z kolei znakomicie wciela się w rolę Okraski. Wygląda na to, że rozmówcy tak się polubili, że w toku rozmowy zapomnieli, który jest którym. Dla porządku podaję adres tego tekstu: http://www.zawiercianin.pl/news/main/ateny-nad-warta, dostęp 3.08.2020.

[21] Ateny nad Wartą? O dorobku literackim Zawiercia z Bogdanem Dworakiem rozmawia Remigiusz Okraska (http://www.zawiercianin.pl/news/main/ateny-nad-warta-o-dorobku-literackim-zawiercia-z-bogdanem-dworakiem-rozmawia-remigiusz-okraska, dostęp 2.08.2020). Zachowano pisownię, interpunkcję oraz układ graficzny oryginału; skróty obejmują pytania interlokutora – M.B.

[22] Większy Klucz Salomona, oprac. C. Puziewicz, Wrocław 2000, s. 77–78. W niedwuznaczny sposób należałoby podkreślić, że przedmiotem przytoczonego fragmentu słynnego grimoire’u są „czary miłosne”. Postarałem się znaleźć te czary w najlepszej możliwej jakości, niemniej jednak kodeks etyki autorskiej wymaga złożenia deklaracji o ograniczeniu odpowiedzialności. Piszący te słowa nie daje gwarancji skuteczności metody. Adaptacja Puziewicz jest swobodna. Rzuciłem okiem na łaciński przekład zaginionego arabskiego przekładu zaginionego greckiego przekładu zaginionego hebrajskiego oryginału i wydaje mi się, że cel owej magii jest taki, ażeby piętrzyć rytualia aż do momentu, gdy namiętność adepta (agensa, maga) straci swój naglący charakter. Na przykład wspomniany w tekście kawałek pergaminu należy zapisać atramentem z krwi nietoperza. Sam zaś pergamin winien być zrobiony ze skóry wyporka, tzn. nienarodzonego płodu jagnięcego (podobno nadaje się do tego celu również skóra ściągnięta z osoby będącej obiektem wzdychań).

[23] E. Cioran, dz. cyt., s. 38.

[24] Plutarch, Cztery żywoty. Lizander, Sulla, Demostenes, Cyceron, przeł. M. Brożek, Warszawa 1954, s. 119.

[25] Tamże.

[26] Tamże.

[27] Dz. cyt., s. 120.