Jeśli myślicie, że poeci są łatwiejsi w obsłudze od prozaików, to chyba nie znacie się na poezji.

Kiedy otworzyłem oczy, zorientowałem się, że jestem we własnym łóżku. Dobrze jest – pomyślałem uradowany. Mogłem czuć satysfakcję, bo przecież autopilot kolejny raz zadziałał bez zarzutu i doprowadził mnie do domu, a nie gdzieś w nieznane, w jakieś, nie daj Boże, obce łóżko. Obudziłem się jednak z przemożnym poczuciem straty.

Poszedłem na piętro obudzić poetę. Szukałem, krzyczałem, ale poety nie było. Łudziłem się nadzieją, że wstał wcześniej i udał się do rodzinnego miasta bez pożegnania. A może wcale nie przyszedł do mnie nocować, tylko poszedł nocować tam, gdzie miał nocować, czyli do bursy? – dedukowałem. Skądinąd słuszna rzecz, poeta powinien nocować (nomen omen!) w bursie. Przyszła mi do głowy także inna ewentualność: może jedna z przypadkowo poznanych wieczorem dziewczyn zaprosiła poetę do siebie, by przy śpiewie skowronków recytował jej swoje liryki, albo po prostu po to, żeby potem mogła powiedzieć koleżankom, że tej nocy był u niej poeta i został aż do śniadania? I że to, co mówią o poetach, to tylko pół prawdy, a nawet ćwierć prawdy, bo prawda jest taka, że poeci są boscy? Nie wiem. Łudziłem się, że zaistniała któraś z wyżej wymienionych okoliczności, a nie najbardziej prawdopodobny, prostacki wręcz fakt zagubienia przeze mnie poety. Dodam: poety, którego wziąłem pod opiekę. Jak ja się wytłumaczę nauczycielkom, którym obiecałem opiekę nad poetą zaproszonym przez nie na spotkanie z młodzieżą? Pamiętałem jak przez mgłę: błądziliśmy po mieście, naszym małym mieście, w którym w normalnych warunkach nie idzie pobłądzić, a nawet nie chce się błądzić. A myśmy błądzili, bo wcześniej wcale nie błądząc, trafiliśmy do Baszty – knajpy, której szef akurat miał urodziny, więc przygotował prawdziwą ucztę Baltazara. Poeta zastygł w drzwiach, gdy dostrzegł zastawione jadłem i wódką stoły.

– A co to? – zapytał, jakby nie zrozumiał, co się szykuje.

– Uczta! – ja mu na to. – Prawie jak u Platona!

– Z jakiej okazji? – on z kolei.

– Jak to z jakiej okazji! – święcie się oburzyłem, że nie rozumie. – Na twoją cześć. Tak Olkusz wita poetów!

Uwierzycie? Uwierzył!

A potem było z górki. Piliśmy, zakąszaliśmy, dyskutowaliśmy o wszystkim prócz poezji. I upadaliśmy, bo alkohol – jak powszechnie wiadomo – jest źródłem upadku człowieka. Aż przyszły dziewczyny, których brak – jak czułem – doskwierał poecie. Tak, dawał wyraźnie do zrozumienia, że do kompletu z jadłem i wypitką przydałyby się niewiasty. Jedna z nich przypadła mu do gustu, choć na poezji nie znała się ni w ząb. Pierwszy szok zniósł dzielnie, choć to musiał być dla niego wielki szok, gdy po wyznaniu, że jest poetą, dziewczyna nie spadła z krzesła. Więcej: ona się nawet zbytnio nie zdziwiła!

– Co jest? – popatrzył na mnie zdumiony, oczekując wyjaśnień.

– Wybacz, stary, ale jesteś w mieście artystów i poetów. Rzuć kamieniem, a trafisz w poetę albo bezrobotnego. Ewentualnie w osobę, którą łączy te dwa byty doczesne.

Dalej było z górki.

Nie pamiętam ile, nie pamiętam, jak długo.

Następnie była pobudka i dojmujący brak poety.

– Podobno zgubiłeś poetę… – śmiali się ze mnie na mieście.

A ja przecież byłem niewinny, jak każde z tych niebożątek, które zapełniają wszystkie więzienia i areszty świata.

Uspokojono mnie jednak szybko, że poeta może i w nocy się zgubił, ale za to rano cudownie się odnalazł. Cały i zdrowy, choć bez rękawiczek i szalika. A ich brak okazał się znamienny w ten zimny, już wręcz mroźny listopadowy wieczór.

Dopiero po południu się do niego dodzwoniłem

– Żyjesz? – upewniłem się.

– Żyję – potwierdził moje przypuszczenia.

– Co się stało? – zadałem najprostsze, najbardziej podstawowe pytanie.

– Z tego, co pamiętam, to działo się sporo. Najpierw świeżo poznana dziewczyna odrzuciła moją bezinteresowną propozycję spędzenia wspólnie wieczoru. A mogło być tak miło… – na moment rozrzewnił się. – Potem się zgubiłem; szedłem w dal, w nieskończoność. Robiło się coraz zimniej i poczułem, że zamarzam. Tak właśnie poczułem. Szukałem taksówki, żeby mnie zawiozła do tej bursy, ale, cholera, nie było taksówek, a ja nie wiedziałem, gdzie jest ta bursa. Próbowałem się dodzwonić do tych miłych nauczycielek, które mnie zaprosiły, ale nie potrafiłem się wysłowić. Myśli miałem precyzyjne, ale wiesz, jak to jest: język giętki nie chciał powiedzieć tego, co myślała głowa. W końcu telefon odebrał mąż jednej z nauczycielek. Zjechał mnie koncertowo! Mówił, że nie dzwoni się do zamężnych kobiet o trzeciej w nocy. Oj, nie zna ci on życia… Zresztą nieważne, ważne było, że ja umierałem, a on mi dawał lekcję ogłady i kindersztuby. W tym cienkim płaszczyku, bez swoich rękawiczek (za to, nie wiedzieć skąd, miałem parę damskich rękawiczek, za małych jednak na moje dłonie) autentycznie zamarzałem. Wreszcie trafiłem na stację benzynową. Tam mnie poinformowali, gdzie jestem: „Jest pan na stacji benzynowej”. W końcu znalazła się taksówka, która zawiozła mnie do bursy, jak się przekonałem, jedynej w mieście, więc nie musiałem znać adresu, mogłem po prostu zwyczajnie zapytać o bursę. Na miejscu, znaczy w tej bursie, wynikły kolejne kłopoty: bursa była zamknięta. Musiałem, jak Wałęsa, skakać przez płot – cud, że portek nie rozerwałem – a potem dobijać się do zamkniętych na głucho drzwi. Po wielu minutach dobijania ktoś mi otworzył. Na dyżurce nic o mnie nie wiedzieli. Myśleli, że już nikt więcej nie będzie nocował. Nie mieli nawet klucza do magazynu z pościelą, więc spałem pod jakimś starym prześcieradłem. Rano, utrudzony, dowiedziałem się, że kuchnia jest nieczynna, i musiałem pić wodę z kranu…

– …Mówią, że mamy bardzo dobrą wodę w kranach. Jonizowaną… – pochwaliłem nasze wodociągi.

Nie skomentował jakości wody.

– …Potem jakoś się wyrwałem. Teraz jadę w pociągu…

Zmarkotniałem.

– Pewnie masz bardzo złe wspomnienia z Olkusza? – zapytałem, jak sądziłem, retorycznie.

– Co ty?! Dawno się tak dobrze nie bawiłem. Choć przyznam ci się, przez moment myślałem, że już nadszedł mój koniec.

Zatrzęsło mną. Oczami wyobraźni widziałem nekrologii w gazetach, że przyszłość polskiej poezji zamarzła pod stacją benzynową w Olkuszu. I moje zdjęcie obok, jako tego, który może nie bezpośrednio, ale pośrednio to już na pewno, odpowiada za śmierć wielkiego poety. Widziałem wielkie nagłówki: „Nikt nie pomógł poecie!” i „Liryka zamieniona w dramat”.

W moje czarne i wyboldowane myśli wtargnął podniecony głos poety.

– To co? Kiedy mnie znów zaprosicie do Olkusza?

No proszę, sam się prosił o kłopoty! Czyż nie mają racji ci, którzy uważają poetów za straceńców na prostej drodze ku autodestrukcji?!

Olgerd Dziechciarz

(fot. Internet)