Wpuszczajcie do domu tylko tych, którzy nie są godni zaufania – felieton

Dobrego ankietera poznamy po podbitych oczach i śladach,

po gaszeniu na ciele papierosów”.

Cytat z książki pt. „Jak się pozbyć ankietera i dlaczego w tym celu trzeba go ukatrupić”

Mały, łysy, grzeczny i przemiły; takie sprawiał pierwsze wrażenie. Pierwsze wrażenie może być mylące, zamknąłem więc drzwi przed jego nosem, żywiąc nadzieję, że sobie pójdzie w cholerę. Na próżno. Do drzwi załomotał, jakby przyszedł przeprowadzić rewizję, a nie wypełnić ankietę. Nie chciałem, żeby sobie o mnie źle pomyślał albo żeby inni sobie o mnie źle pomyśleli, tym bardziej że sąsiadka już stała w oknie. Ciekaw też byłem drugiego pierwszego wrażenia, jakie na mnie mógł wywrzeć. Ku swemu zaskoczeniu drugie pierwsze wrażenie było takie samo jak pierwsze pierwsze wrażenie: niby grzeczny i miły, ale w gruncie rzeczy upierdliwy gnom. Patrzyłem na niego i analizowałem, co by to było, gdybym zamiast wpuścić go do domu, zrzucił go ze schodów. Skoro jednak u mnie są tylko trzy stopnie, to zdając sobie sprawę, że zrzucenie z trzech stopni nie byłoby tak efektowne jak zrzucenie ze schodów z czwartego piętra, albo choćby z pierwszego, myśl o zrzuceniu zarzuciłem. Tym razem był jeszcze bardziej oślizły i uniżenie poniżony. Ale nogę, znaczy stopę obutą w gruby skórzany bucior bydlak wysunął do przodu, w drzwi wpakował, żeby mi uniemożliwić ich zamknięcie, gdybym znów postanowił potraktować go bezceremonialnie.

– No dobra – poddałem się, otwierając drzwi na oścież. – Długo to potrwa…?

– Nie zajmę panu wiele czasu – zaczął dobrze. – Pół godzinki, może czterdzieści pięć minut…

To już mniej mi się podobało. Siedzenie z nim i odpowiadanie na głupie pytania – według mnie – można było z powodzeniem zamknąć w dziesięciominutowym odcinku czasowym.

– Pół godziny panu daję – zapowiedziałem. A on, nie czekając, aż podniosę rękę od drzwi, przemknął pod nią. Jak dziecko wracające ze szkoły albo pies, którego wcześniej wypuściliśmy, żeby się wyszczał pod jabłonką.

Zaprosiłem go do kuchni, bo takich jak on się w kuchni przyjmuje; niech widzi zlew pełen brudnych garów, kosz z wysypującymi się odpadkami, plamy po kawie na obrusie.

Usiadł, wyjął ze skóropodobnej teczki kwestionariusz i długopis. Nie podobał mi się sposób, w jaki położył długopis obok kwestionariusza. On go nie położył byle jak; on go ułożył równolegle do kartki, nawet poprawił jego ułożenie, żeby ta równoległość była absolutnie doskonała. Gdyby pociągnąć proste wzdłuż kartki i długopisu, to niewątpliwie te dwie proste byłyby równoległe i nigdzie w czasoprzestrzeni nie skrzyżowałyby się, choćby je ciągnąć do krańców wszechświata albo i dalej.

Patrzyłem na niego wyczekująco. On patrzył na mnie… Pewnie liczył, że mu zaproponuję kawę albo herbatę. Niedoczekanie. W końcu zrozumiał, jaki twardy ze mnie zawodnik, i przestał oczekiwać poczęstunku. To mnie, nie przeczę, rozluźniło, bo w ten sposób czas, jaki miałem spędzić w jego towarzystwie, udało mi się skrócić o jakieś dziesięć minut.

– To co, zaczynamy? – spytał.

– Nie wiem jak pan, ale ja już zacząłem – zacząłem, to fakt, nader opryskliwie.

– Świetnie – ucieszył się nie wiadomo z czego, głupek jeden, bo to głupek był, normalny człowiek w sobotni ranek wyleguje się w wyrku, a nie łazi po domach z ankietami jakiegoś durnego towarzystwa psychologicznego czy jak mu tam było; nie zapamiętałem długiej i pokrętnej nazwy towarzystwa czy stowarzyszenia, które ten mały, łysy i niemożebnie uniżony reprezentował.

– Wiek? – zapytał i popatrzył na mnie oceniająco.

Zimno mi się zrobiło. Pod jego wzrokiem poczułem się, jakbym był prześwietlany promieniami, za które Wilhelm Roentgen dostał w 1901 roku Nagrodę Nobla. Patrzył mi w twarz i niewątpliwie widział i rachował wszystkie moje bruzdy, zmarszczki i pęknięte naczyńka na nosie…

– Mam powiedzieć, ile mam lat?! – zaprotestowałem, jakbym był kobietą, której wiek powinien być ściśle strzeżoną tajemnicą.

– Mam tu przedziały wiekowe… Myślę, że pan się mieści w przedziale trzydzieści pięć – czterdzieści… – zasugerował i tym samym zapunktował.

– Miło słyszeć, że się wygląda młodziej, niż stoi w metryce. Zapewne jestem w kolejnym przedziale wiekowym; mam czterdzieści pięć lat…

Nie wiedzieć czemu zasępił się.

– No to mamy problem! Wie pan, ja już zwracałem uwagę centrali, że to jest dość nieprecyzyjne. Zrobili rubryki, w których pierwsza i ostatnia liczba dublują się z poprzednią i następną w sąsiednich przedziałach czasowych. Na przykład następna, w której pan powinien się znaleźć, to czterdzieści – czterdzieści pięć. Ale jak pan ma czterdzieści pięć , to na zdrowy rozum mieści się pan też w rubryce czterdzieści pięć – pięćdziesiąt.

O nie, na rubrykę czterdzieści pięć – pięćdziesiąt za żadne skarby nie mogłem się zgodzić. Postanowiłem walczyć o wcześniejszą rubrykę. Ale nie musiałem, bo widocznie on już zauważył, że podniosło mi się ciśnienie; zamierzałem zaprotestować, ale podniósł dłoń, by mnie uspokoić.

– Nie chwaląc się, znalazłem sposób na wyjście z patowej sytuacji. Po prostu dzielę rok na dwie połowy. Kto urodził się w pierwszej połowie, czyli od stycznia do końca czerwca, ląduje w przedziale wcześniejszym, kto w drugiej, to jest od lipca do końca grudnia, trafia do następnego…

– Jestem ze stycznia – zapewniłem. Gotów byłem wyjąć z kieszeni kurtki wiszącej w korytarzu portfel, a z niego, z przegródki, dowód osobisty.

– Świetnie! – powtórzył jeszcze raz to irytujące słowo. – W takim razie umieszczam pana we wcześniejszym przedziale, czyli czterdzieści – czterdzieści pięć.

Nic nie powiedziałem, tylko podziękowałem lekkim skinieniem głowy.

– Teraz przejdźmy do płci… – kontynuował.

– Chyba nie zamierza mnie pan pytać o płeć?! – znowu byłem w kontrze. – Bo to, mam nadzieję, widać na pierwszy rzut oka…

Uśmiechnął się obleśnie.

– Proszę pana… – zaczął i od razu się powstrzymał, ręką zrobił jakiś nieokreślony, chyba kolisty ruch, jakby coś cofał. – Jeszcze raz… – to chyba powiedział do siebie. – Kobieta czy mężczyzna?

– No chyba widać, że mężczyzna?! – oburzyłem się.

Zaznaczył w rubryce: M.

– Teraz już mogę powiedzieć, bo wcześniej, to mój błąd, mówiąc do pana „pan”, jednocześnie sugerowałem panu odpowiedź na to pytanie, a tego, jako profesjonalny ankieter, powinienem unikać.

– Powinien pan unikać mówienia do mnie „pan”, by w ten sposób nie sugerować mi mojej płci?! Myślisz, człowieku, że wystarczy do mnie mówić per „pani”, żebym zaczął się malować i chodzić w szpilkach?! – zbaraniałem.

– Proszę pana… – zaczął jeszcze raz. – Gdyby pan wiedział, u jakich ludzi ja byłem?! Mój ty Boże…! – chwycił się za swoją małą, powleczoną cienką skórą głowę. Jedna z żył na jego skroni podejrzanie drgała, jak sądziłem, z nerwów.

Dożyliśmy czasów, w których niewiele rzeczy jest pewnych. Kiedyś byłem u kobiety, co ja mówię, u mężczyzny, który wyglądał jak kobieta, podkreślę: powabna kobieta. W domu był błysk – rozejrzał się po mojej kuchni z dezaprobatą. – Pan wybaczy, ale ja, szczerze mówiąc, płeć rozpoznaję po wyglądzie domu, zwłaszcza kuchni. Jak jest brudno, jak kuchnia jest zapuszczona, to wiem, że należy do mężczyzny. A jak jest błysk, to wiadomo, kobieta się tym zajmuje. Pan, jak widzę, nie ma żony?! – raczej oznajmił, niż spytał.

A że zrobił to nagle, to walnąłem:

– Odeszła…

No, bezwiednie to powiedziałem, bo mnie zaskoczył.

Wyobrażacie to sobie, wyciągnął dłoń i poklepał mnie po mojej. Cofnąłem swoją, ale co się stało, to się stało i się nie odstanie.

– I co z tą powabną kobietą…? – pogoniłem go, żeby skończył historię, którą zaczął, a potem zabrał się za molestowanie mojej ręki.

– Jak się pan domyśla, okazała się mężczyzną. Transseksualistą. Co ciekawe, w trakcie wypełniania ankiety wyszło, że to szef firmy ochroniarskiej, były komandos, działacz nacjonalistycznej partii…

– Co pan nie powie? – Zatkało mnie.

– Tak właśnie – roześmiał się. Słyszeliście kiedyś śmiejącą się żabę? Jeśli nie, to poczekajcie, aż przyjdzie do was mały, pokurczony ankieter i go rozśmieszycie, wtedy usłyszycie.

– Potem żeśmy się siłowali, na prawą oraz lewą rękę i, niech pan sobie wyobrazi, położyła mnie. A mnie nie tak łatwo położyć. Jak się wypełnia tyle ankiet co ja, to człowiek krzepy w rękach nabiera, rzadko kiedy przegrywam. Kiedyś położyłem kilkunastu facetów w barze, w tym jednego recydywistę, który był ze dwa razy większy ode mnie i napakowany jak trzydrzwiowa szafa…

Popatrzyłem na jego mikre ramiona i chude ręce. Pomyślałem, że chętnie bym się z nim zmierzył na prawą i lewą rękę, choćby po to, żeby zmazać z jego gęby ten triumfalny uśmiech. Z drugiej strony opowieść o jego triumfach święconych w siłowaniu się na rękę zrobiła na mnie wrażenie, więc wycofałem się z pierwszego impulsu, żeby mu zaproponować takie siłowanie.

– Może wróćmy do ankiety, bo czas leci, a pan dopiero ustalił moją płeć… – zasugerowałem pośpiech.

– A tak, tak, przepraszam. – Pochylił się nad kartkami.

Stan cywilny? Żonaty, wdowiec, rozwiedziony, porzucony, kawaler… Jak rozumiem, porzucony?

Nabrałem powietrza. Dużo powietrza.

– Jak porzucony?! Nic takiego nie powiedziałem! – zaprotestowałem. Coraz mniej mi się ta ankieta podobała, że o ankieterze nie wspomnę.

– No, przecież powiedział pan, że małżonka od pana odeszła. Nie umarła, bo nie widzę żałoby, więc zrozumiałem, iż porzuciła pana dla innego mężczyzny…

„Ożeż ty, to tak mnie podszedłeś!” – wściekłem się.

– Co mi pan imputuje?! – warknąłem.

– Spokojnie, spokojnie, proszę pana, nic nie imputuję, ja tylko dobrze obserwuję i słucham ankietowanych. Gdyby to pan zdradził żonę i odszedł, toby tu pana nie było, tylko byłaby pana żona, porzucona przez pana, a skoro jest pan, to znaczy się, że to ona sobie znalazła…

Nie chciałem ani tego słuchać, ani ciągnąć bolesnego dla mnie wątku.

– Do cholery, a nie może pan wpisać czegokolwiek…? Niech pan wpisze: kawaler!

– W pana wieku?! – zadrwił, bezczelnie sobie ze mnie zadrwił. – Jak to będzie wyglądało w ankiecie? W pana wieku można być wdowcem, porzuconym przez współmałżonka czy współmałżonkę albo starym kawalerem. Do kategorii kawalerów kwalifikujemy osoby do trzydziestego roku życia. Widzi pan tu gwiazdkę? – spytał i mi pokazał jakąś ledwo widoczną kropkę w rubryce „kawaler”.

– Co mnie obchodzi ta pana ankieta! Może to mucha panu nasrała w rubrykę. Zresztą niech pan sobie wpisuje, co chce. Może pan nawet wpisać „gej”. Wisi mi to…

Zainteresował się.

– Tak pan mówi?! Zaraz do tego dojdziemy, w rubryce „preferencje seksualne”…

Wstałem, bo chwila tego wymagała.

– Człowieku, obrażasz mnie w mojej własnej kuchni! – powiedziałem lodowatym tonem.

– Spokojnie, spokojnie… – znów mnie uspokajał tym swoim „spokojnie, spokojnie”. „Zaraz mu przywalę!” – pomyślałem.

Dobrze odczytał moje intencje.

– Nie wiem, czy wspominałem, ale jestem urzędnikiem państwowym na służbie. Jeśli mnie pan uderzy, będzie to traktowane tak samo jak atak na policjanta. Wie pan, czym to grozi?

Wiedziałem, więc usiadłem.

– Swoją drogą, pana postawa sugeruje, że ma pan problemy z akceptacją odmiennych orientacji seksualnych… – zadumał się. I coś zanotował u dołu kartki.

– Co pan tam zanotował? Nie podoba mi się, że pan coś tam u dołu napisał! – nakręcałem się.

– Spokojnie, proszę pana, długopis przestaje mi pisać, tylko go rozpisywałem… – był łaskaw sobie ze mnie zadrwić.

– Gówno prawda, przecież widzę, że pan coś tam napisał… Pewnie to jakaś obraźliwa uwaga?! – uparłem się.

– Ależ skąd. To tylko taki szlaczek… Pan jest strasznie podejrzliwy.

– Nie jestem podejrzliwy! – zaprzeczyłem. – Panie, szlaczki to się w pierwszej klasie podstawówki robi, a nie w urzędowych ankietach.

Chciałem go zepchnąć do defensywy, ale twardy był z niego zawodnik: „Może rzeczywiście kładzie wszystkich na ręce?!” – pomyślałem lękliwie. „A ja, głupi, chciałem wstać i mu przyłożyć. A co, gdyby mi oddał? Tacy mali, wiadomo, nic z nimi nie wiadomo, w krytycznej chwili mogą zabić, jak ktoś kiedyś pisał. Tak, z kurduplem nic nie wiadomo” – analizowałem sytuację.

– Proszę pana – powiedział spokojnym głosem, podkreślam, głosem, który doprowadzał mnie do szału. – To jest moja ankieta i ja doskonale znam procedurę jej wypełniania. Może więc przejdziemy do kolejnego pytania. O dzieci…

– Jakie dzieci? – ja na to. – Nie mam dzieci i nie chcę mieć dzieci. Po co mi dzieci? Wyrośnie taki potem na ankietera i będzie ludziom soboty uprzykrzał…. – wyrwało mi się.

Zareagował prawidłowo, to znaczy – ani drgnął. Jednak oczy mu się zaszkliły. „Celne uderzenie w miękkie podbrzusze” – ucieszyłem się w myślach. Postanowiłem wykorzystać ten moment.

– Jak pan był dzieckiem, to o czym pan marzył? Kim pan chciał być, jak dorośnie? Chyba nie chciał pan zostać anonimowym ankieterem… Takim AA, prawie jak anonimowi alkoholicy! – Aż parsknąłem śmiechem.

Patrzył na mnie z nienawiścią. Wreszcie.

– Skoro pan zapytał, to powiem panu, kim chciałem być: chciałem zostać porzuconym przez kobietę czterdziestopięcioletnim bezrobotnym alkoholikiem, który wie, że przed nim nie ma żadnej przyszłości.

Przyznaję, zabolało, zabolało jak cholera.

Wstałem. Uniosłem rękę i palcem wskazującym, tym, który – jak sama nazwa wskazuje – do tego służy, wskazałem mu drzwi:

– Tam są drzwi.

On się, bydlak, uśmiechnął i swoim palcem wskazującym pokazał okno:

– A tam jest okno.

– I co z tego? – Uniosłem brwi.

– Jeśli pan chce, może mnie pan wyrzucić przez okno… – zaproponował.

– Pan oszalał! – uznałem.

Byłem pewny, że to wariat. Boże, a nawet go nie wylegitymowałem. „Zaraz wyjmie ze skórzanej torby siekierę i mnie zaciuka” – uzmysłowiłem sobie zagrożenie.

– Nie, nie oszalałem – zaprzeczył. – Po prostu podpowiadam panu rozwiązanie. A wniosek dla pana jest taki, że może mnie pan wyrzucić, ale sam. Z własnej woli nie wyjdę, bo nie skończyliśmy ankiety. Prawdziwy ankieter – a za takiego się uważam – nie wyjdzie z domu przed odhaczeniem ostatniego pytania.

– Wie pan, gdzie ja mam pańską ankietę?! – wrzasnąłem, by podkreślić moją determinację w chęci wywalenia go na zbity pysk.

– Podejrzewam, że wiem, ale proszę mi wierzyć, z całym szacunkiem, nie z takimi furiatami jak pan dawałem sobie radę. Jestem wszechstronnie wyszkolony i po wielu kursach, także samoobrony. A z asertywności miałem najlepszy wynik wśród uczestników kursu…

– Musiało być dawno to szkolenie, bo ja u pana asertywności nie zaobserwowałem – stwierdziłem, w moim przekonaniu, fakt.

– Dobrze już, niech się pan uspokoi. Pokazał pan, kto tu jest szefem. Ja się wystraszyłem nie na żarty, więc teraz możemy wrócić do ankiety – powiedział to tak asertywnym tonem, że z wrażenia usiadłem. Zerknąłem na zegarek. Minęło raptem piętnaście minut. Zaledwie kwadrans, a przeżyłem w tym czasie tyle upokorzeń co przez ostatnie piętnaście lat.

– Piszę więc „bezdzietny”. – Jak powiedział, tak zrobił.

– Przed chwilą nazwał mnie pan bezrobotnym. Po czym pan poznał? – spytałem.

Ułożył usta w dzióbek, zmarszczył czoło, jakby się zastanawiał nie nad moim pytaniem, tylko nad sposobem przekazania mi smutnej informacji.

– Powiedzmy, domyśliłem się. – Takim krótkim zdaniem mnie załatwił.

„O nie, nie wyłgasz się czymś takim” – nie zamierzałem mu odpuszczać.

– Niech pan przyzna, coś pan zauważył?! Czekam!

Pokiwał głową. Tego chyba też go nauczyli na tym kursie.

– Nie ma śladów na śniegu – szepnął.

– Czego nie ma? – zbaraniałem. „Jakiś Indianin, traper od siedmiu boleści?! Co on gada o śladach?”.

– Gdyby pan miał pracę, toby pan do niej wychodził. Śnieg spadł w czwartek wieczorem. A przy furtce nie było śladów świadczących, że ktoś wychodził z domu.

– Może jestem na urlopie? – zasugerowałem.

– W marcu? Idealna pora na urlop, ale w tropikach, a pan, jak widzę, w Egipcie nie jest…

– Egipt nie leży w tropikach – sprostowałem.

Zaśmiał się.

– Mój błąd, przyznaję – przyznał.

Nie dawała mi spokoju ta jego mordercza przenikliwość.

– A może wziąłem jeden dzień wolny, żeby kaca uleczyć? Mogło tak być?

Pokręcił przecząco głową.

– I co? Ani w piątek rano, ani w sobotę nie wyskoczył pan po piwo czy ćwiartkę? Niemożliwe! Pewnie nie ma pan pieniędzy… No chyba że pan jest gejem, tak jak pan mówił…

Uniósł wargi w prawym kąciku; tego na pewno nie nauczył się na kursie asertywności.

– To geje nie bywają bezrobotni i nie kupują ćwiartek? Piją tylko malibu?! – zaśmiałem się nieco histerycznie.

Machnął ręką.

– Zaraz do tego dojdziemy – zapewnił.

– Do czego?! – spytałem podejrzliwie.

Przewrócił stronę w ankiecie.

– Do uprzedzeń rasowych i seksualnych – powiedział. – Wydaje mi się pan klasycznym… – na chwilę powstrzymał się przed dokończeniem zdania, a potem wyliczył obciążające mnie dane: – Biały, wiek czterdzieści pięć lat, bezrobotny, porzucony przez współmałżonkę… Klasyka!

– Czego klasyka?! Kim niby jestem?! Co mi pan tu sugeruje?! Nic nie mam do homofobów… Znaczy – poprawiłem się, jak widać, poniewczasie – do homoseksualistów.

Popatrzył na mnie wnikliwie.

– Czy chciałby pan mieć za sąsiada Roma, Żyda lub kogoś o niestandardowych zachowaniach seksualnych?

– Naraz?! – Otworzyłem szeroko oczy. – Panie, pokaż mi pan tę ankietę, bo uszom nie wierzę. Ma pan tam więcej takich pytań?

– Bo ja wiem? Nie wiem, czy kolejne pytania też się panu nie spodobają, bo – jak sądzę – to ostatnie się panu nie spodobało.

Zmrużył oczy. Boże, jak ja go nienawidziłem.

„Jeśli psychiatrzy czy psychologowie zdiagnozowali coś takiego jak ankietofobia, czyli nienawiść do ankieterów, to jestem klasycznym ankietofobem” – gorączkowałem się.

– Bardzo mi się nie spodobało to pytanie! – potwierdziłem. – Jeśli kolejne są podobnie sformułowane, to aż się boję pytań o wyznanie.

Ucieszył się.

– O wyznanie zaraz zapytam. Nie odpowiedział mi pan na ostatnie, o sąsiada…

– Tak, wiem, pamiętam – zapewniłem.

I nagle mnie olśniło. Potem było z górki.

– Każdego sąsiada przyjmę z otwartymi ramionami. Nie przeszkadzałby mi nawet Eskimos w igloo, choćby to było lato… I marzę, żeby wokół mnie mieszkali przedstawiciele wszystkich mniejszości etnicznych, religijnych i seksualnych, bo to podniosłoby multikulturowość naszej zacofanej w tym aspekcie gminy.

Patrzył na mnie podejrzliwie. Chyba mu się nie podobało to, co widział. Coś tam zanotował. I zadał kolejne pytanie.

– Wyznanie?

– Jestem druidem – powiedziałem zdecydowanym głosem – Rytu zreformowanego. Wierzę nie tylko w drzewa, ale także w krzaki, kwiatki, a nawet w trawę, byle nie była skoszona, bo to nieekologiczne.

Spochmurniał. Przestało mu się u mnie podobać. Z kolejnymi pytaniami szło mi nadzwyczaj szybko. Na pytanie o działalność społeczną ani mi brew nie drgnęła, gdy opowiadałem o swoim zaangażowaniu we władze Towarzystwa Walki z Bezsennością im. F. Celina. Nie miałem też żadnych zastrzeżeń do władz państwowych ani funkcjonowania systemu politycznego w kraju. „W całej rozciągłości popieram linię, jaką przyjął nasz rząd; a właściwie każdą linię i każdy rząd. Chodzę na wszystkie wybory i głosuję bez zbędnych skreśleń” – powiedziałem. Uderzyłem się w piersi, gdy to mówiłem. Gnom wszystko skrupulatnie notował. Na kolejne pytania odpowiadałem ze szczerym zrozumieniem i pełnym zaangażowaniem. Gdy chciał, żebym się z czymś zgodził, to się zgadzałem, a gdy sugerował, żebym coś napiętnował, to piętnowałem. Nie sprawiały mi kłopotów nawet dodatkowe pytania zadawane przez ankietera; bez większego trudu odgadywałem jego intencje i udzielałem takich odpowiedzi, jakich ode mnie wymagał. Choć czy mogłem być pewnym, że właśnie takich odpowiedzi oczekiwał? Najtrudniejsze były ostatnie dwa pytania. Przedostatnie brzmiało: jak ocenia pan naszą ankietę? Nie mogłem sobie pozwolić na zbytnią przesadę. Stwierdziłem więc w krótkich, żołnierskich słowach, że jest „jasna, klarowna i daje możliwości wykazania się inicjatywą”. Ale już z pytaniem o ankietera miałem większy zgryz, bo kusiło mnie, żeby sobie pofolgować. Ale nie chciałem przedobrzyć. „To mogłoby być niewiarygodne… Z drugiej strony, co mi szkodzi?!” – pomyślałem i dałem się ponieść nutce szaleństwa: „Jestem pod wielkim wrażeniem ogromnej kompetencji i wszechstronnego wyszkolenia ankietera. Rozmowa z nim była ucztą intelektualną. Prawdziwa krynica mądrości. Można sobie tylko życzyć, by każdy ankieter wykazywał się tak rozległą wiedzą, takim obyciem, a przy tym delikatnością w rozmowie z ankietowanymi, jak ww. Wielkie brawa dla ankietera i dla tych, którzy go wyszkolili. Byle tak dalej!ˮ.

Potem on wstał, niezadowolony. Za to ja wręcz tryskałem dobrym humorem. Wyciągnął dłoń, którą ja ochoczo uścisnąłem. Jego dłoń lepiła się od potu. Był tym faktem zakłopotany.

Otworzyłem drzwi. Tym razem poczekał, aż go przepuszczę. Zszedł po schodach, na moment się zatrzymał, jakby się zawahał. Jednak nie, ruszył przed siebie.

– Przepraszam… – zawołałem za nim.

Zatrzymał się. Odwrócił się raczej niechętnie.

– To co, za tydzień o tej samej porze?! – nie pytałem, tylko się upewniałem.

Pokiwał twierdząco głową. Kiedy odchodził, zdał mi się niższy, niż był, i jakby bardziej zgarbiony.

Wróciłem do kuchni i wtedy zauważyłem długopis. Przez nieuwagę, bo chyba nie specjalnie, zostawił u mnie długopis. Podniosłem go i obejrzałem. Podczas ankietowania wpatrywałem się w ten długopis i ciekawiło mnie, co jest na nim napisane, bo od razu dostrzegłem, że miał jakiś nadruk. Teraz wreszcie mogłem go odczytać:

– Izba Wytrzeźwień w Odorkowie, ulica Mickiewicza 44 – Samorządowa Instytucja Zdrowotna pracująca w systemie całodobowym – przeczytałem głośno.

Obok widniało logo czerwono-czarnej Polski w wpisanym weń hasłem: RZETELNA FIRMA!

Uśmiechnąłem się pod nosem i odłożyłem długopis na stół, równolegle do jego krótszego boku. Położyłem go idealnie, nie musiałem poprawiać.

*

Wpuszczajcie do domu tylko tych, którzy na pierwszy rzut oka nie są godni zaufania.

Olgerd Dziechciarz

 

Dodaj komentarz