Fundacja Kultury Afront

W miniony piątek, 19 maja, w olkuskim PTTK odbył się wykład Kariny Stempel zatytułowany: Rumunia po polsku, czyli „kraj smutny, pełen humoru”. W ramach wykładu autorka opowiadała o swoich wyprawach do Rumunii oraz zaprezentowała zdjęcia wykonane podczas tychże wyjazdów naukowych.
Prezentacja została przygotowana w ramach grantu „Mowa polska na Bukowinie Karpackiej. Dokumentacja zanikającego dziedzictwa narodowego”, finansowanego w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki” w latach 2015-2018 (1bH 15 0354 83).
Organizatorzy spotkania: Fundacja Kultury AFRONT oraz olkuski PTTK.

 

 

 

 

fot. Przemysław Gancarczyk, Agnieszka Zub

 

Jeśli myślicie, że poeci są łatwiejsi w obsłudze od prozaików, to chyba nie znacie się na poezji.

Kiedy otworzyłem oczy, zorientowałem się, że jestem we własnym łóżku. Dobrze jest – pomyślałem uradowany. Mogłem czuć satysfakcję, bo przecież autopilot kolejny raz zadziałał bez zarzutu i doprowadził mnie do domu, a nie gdzieś w nieznane, w jakieś, nie daj Boże, obce łóżko. Obudziłem się jednak z przemożnym poczuciem straty.

Poszedłem na piętro obudzić poetę. Szukałem, krzyczałem, ale poety nie było. Łudziłem się nadzieją, że wstał wcześniej i udał się do rodzinnego miasta bez pożegnania. A może wcale nie przyszedł do mnie nocować, tylko poszedł nocować tam, gdzie miał nocować, czyli do bursy? – dedukowałem. Skądinąd słuszna rzecz, poeta powinien nocować (nomen omen!) w bursie. Przyszła mi do głowy także inna ewentualność: może jedna z przypadkowo poznanych wieczorem dziewczyn zaprosiła poetę do siebie, by przy śpiewie skowronków recytował jej swoje liryki, albo po prostu po to, żeby potem mogła powiedzieć koleżankom, że tej nocy był u niej poeta i został aż do śniadania? I że to, co mówią o poetach, to tylko pół prawdy, a nawet ćwierć prawdy, bo prawda jest taka, że poeci są boscy? Nie wiem. Łudziłem się, że zaistniała któraś z wyżej wymienionych okoliczności, a nie najbardziej prawdopodobny, prostacki wręcz fakt zagubienia przeze mnie poety. Dodam: poety, którego wziąłem pod opiekę. Jak ja się wytłumaczę nauczycielkom, którym obiecałem opiekę nad poetą zaproszonym przez nie na spotkanie z młodzieżą? Pamiętałem jak przez mgłę: błądziliśmy po mieście, naszym małym mieście, w którym w normalnych warunkach nie idzie pobłądzić, a nawet nie chce się błądzić. A myśmy błądzili, bo wcześniej wcale nie błądząc, trafiliśmy do Baszty – knajpy, której szef akurat miał urodziny, więc przygotował prawdziwą ucztę Baltazara. Poeta zastygł w drzwiach, gdy dostrzegł zastawione jadłem i wódką stoły.

– A co to? – zapytał, jakby nie zrozumiał, co się szykuje.

– Uczta! – ja mu na to. – Prawie jak u Platona!

– Z jakiej okazji? – on z kolei.

– Jak to z jakiej okazji! – święcie się oburzyłem, że nie rozumie. – Na twoją cześć. Tak Olkusz wita poetów!

Uwierzycie? Uwierzył!

A potem było z górki. Piliśmy, zakąszaliśmy, dyskutowaliśmy o wszystkim prócz poezji. I upadaliśmy, bo alkohol – jak powszechnie wiadomo – jest źródłem upadku człowieka. Aż przyszły dziewczyny, których brak – jak czułem – doskwierał poecie. Tak, dawał wyraźnie do zrozumienia, że do kompletu z jadłem i wypitką przydałyby się niewiasty. Jedna z nich przypadła mu do gustu, choć na poezji nie znała się ni w ząb. Pierwszy szok zniósł dzielnie, choć to musiał być dla niego wielki szok, gdy po wyznaniu, że jest poetą, dziewczyna nie spadła z krzesła. Więcej: ona się nawet zbytnio nie zdziwiła!

– Co jest? – popatrzył na mnie zdumiony, oczekując wyjaśnień.

– Wybacz, stary, ale jesteś w mieście artystów i poetów. Rzuć kamieniem, a trafisz w poetę albo bezrobotnego. Ewentualnie w osobę, którą łączy te dwa byty doczesne.

Dalej było z górki.

Nie pamiętam ile, nie pamiętam, jak długo.

Następnie była pobudka i dojmujący brak poety.

– Podobno zgubiłeś poetę… – śmiali się ze mnie na mieście.

A ja przecież byłem niewinny, jak każde z tych niebożątek, które zapełniają wszystkie więzienia i areszty świata.

Uspokojono mnie jednak szybko, że poeta może i w nocy się zgubił, ale za to rano cudownie się odnalazł. Cały i zdrowy, choć bez rękawiczek i szalika. A ich brak okazał się znamienny w ten zimny, już wręcz mroźny listopadowy wieczór.

Dopiero po południu się do niego dodzwoniłem

– Żyjesz? – upewniłem się.

– Żyję – potwierdził moje przypuszczenia.

– Co się stało? – zadałem najprostsze, najbardziej podstawowe pytanie.

– Z tego, co pamiętam, to działo się sporo. Najpierw świeżo poznana dziewczyna odrzuciła moją bezinteresowną propozycję spędzenia wspólnie wieczoru. A mogło być tak miło… – na moment rozrzewnił się. – Potem się zgubiłem; szedłem w dal, w nieskończoność. Robiło się coraz zimniej i poczułem, że zamarzam. Tak właśnie poczułem. Szukałem taksówki, żeby mnie zawiozła do tej bursy, ale, cholera, nie było taksówek, a ja nie wiedziałem, gdzie jest ta bursa. Próbowałem się dodzwonić do tych miłych nauczycielek, które mnie zaprosiły, ale nie potrafiłem się wysłowić. Myśli miałem precyzyjne, ale wiesz, jak to jest: język giętki nie chciał powiedzieć tego, co myślała głowa. W końcu telefon odebrał mąż jednej z nauczycielek. Zjechał mnie koncertowo! Mówił, że nie dzwoni się do zamężnych kobiet o trzeciej w nocy. Oj, nie zna ci on życia… Zresztą nieważne, ważne było, że ja umierałem, a on mi dawał lekcję ogłady i kindersztuby. W tym cienkim płaszczyku, bez swoich rękawiczek (za to, nie wiedzieć skąd, miałem parę damskich rękawiczek, za małych jednak na moje dłonie) autentycznie zamarzałem. Wreszcie trafiłem na stację benzynową. Tam mnie poinformowali, gdzie jestem: „Jest pan na stacji benzynowej”. W końcu znalazła się taksówka, która zawiozła mnie do bursy, jak się przekonałem, jedynej w mieście, więc nie musiałem znać adresu, mogłem po prostu zwyczajnie zapytać o bursę. Na miejscu, znaczy w tej bursie, wynikły kolejne kłopoty: bursa była zamknięta. Musiałem, jak Wałęsa, skakać przez płot – cud, że portek nie rozerwałem – a potem dobijać się do zamkniętych na głucho drzwi. Po wielu minutach dobijania ktoś mi otworzył. Na dyżurce nic o mnie nie wiedzieli. Myśleli, że już nikt więcej nie będzie nocował. Nie mieli nawet klucza do magazynu z pościelą, więc spałem pod jakimś starym prześcieradłem. Rano, utrudzony, dowiedziałem się, że kuchnia jest nieczynna, i musiałem pić wodę z kranu…

– …Mówią, że mamy bardzo dobrą wodę w kranach. Jonizowaną… – pochwaliłem nasze wodociągi.

Nie skomentował jakości wody.

– …Potem jakoś się wyrwałem. Teraz jadę w pociągu…

Zmarkotniałem.

– Pewnie masz bardzo złe wspomnienia z Olkusza? – zapytałem, jak sądziłem, retorycznie.

– Co ty?! Dawno się tak dobrze nie bawiłem. Choć przyznam ci się, przez moment myślałem, że już nadszedł mój koniec.

Zatrzęsło mną. Oczami wyobraźni widziałem nekrologii w gazetach, że przyszłość polskiej poezji zamarzła pod stacją benzynową w Olkuszu. I moje zdjęcie obok, jako tego, który może nie bezpośrednio, ale pośrednio to już na pewno, odpowiada za śmierć wielkiego poety. Widziałem wielkie nagłówki: „Nikt nie pomógł poecie!” i „Liryka zamieniona w dramat”.

W moje czarne i wyboldowane myśli wtargnął podniecony głos poety.

– To co? Kiedy mnie znów zaprosicie do Olkusza?

No proszę, sam się prosił o kłopoty! Czyż nie mają racji ci, którzy uważają poetów za straceńców na prostej drodze ku autodestrukcji?!

Olgerd Dziechciarz

(fot. Internet)

Galeria Sztuki Współczesnej Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu zaprasza na III Festiwal Sztuki i Muzyki Sakralnej Olkusz 2017. Festiwal ten jest jedyną tego typu imprezą w Polsce, łączącą kilka dziedzin artystycznych: muzykę poważną, w tym operową i sztuki malarskie. Festiwal odbywa się w dniach 21, 23 i 28 kwietnia. W pierwszym dniu, o godz. 17.30, zaplanowano wernisaż dwóch wystaw; malarstwa Antoniego Cygana, absolwenta krakowskiej ASP, autora kilku cykli Drogi Krzyżowej, w tym m.in. w Bazylice w Licheniu. Na drugiej – otwieranej w tym samym czasie – wystawie zaprezentowane zostaną makiety obiektów sakralnych autorstwa Sławomira Kaczora, filozofa, poety, miłośnika architektury. Tego samego dnia, ale o godz. 19.00, także w BWA wystąpi sopranistka Paulina Stach, absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach, artystka chóru Opery Krakowskiej, w której repertuarze są arie z oper Mozarta, Vivaldiego i Rossiniego; na fortepianie towarzyszyła jej będzie Joanna Steczek. Podczas otwarcia III Festiwalu Sztuki i Muzyki Sakralnej dyrektor Galerii BWA w Olkuszu, artysta plastyk Stanisław Stach odbierze z rąk przedstawiciela Sejmiku Małopolskiego Srebrną Odznakę Honorową Województwa Małopolskiego – Krzyż Małopolski, do której to nagrody został nominowany przez Fundację Kultury „Afront”. Z kolei 23 kwietnia, o godz. 18.00, w Bazylice olkuskiej wystąpi mezzosopranistka Monika Korybalska i baryton Michał Kutnik, oboje są solistami Opery Krakowskiej, będzie im akompaniować pianistka Kristina Kutnik; w programie wieczoru muzyka sakralna m.in. Jana Sebastiana Bacha, Schuberta, Albinoniego, Mozarta, Rawela i Morricone. W ostatnim dniu III FSiMS – 28 kwietnia, o godz. 19.00, również w Bazylice olkuskiej odbędzie się koncert cenionego Zespołu Cracovie Ensemble. Powstały w 1999 r. Cracovie Ensemble składa się z najlepszych instrumentalistów Opery Krakowskiej, w jego repertuarze dominują dzieła z epoki baroku i klasycyzmu; zespół koncertował z wieloma wybitnymi solistami. Patronat honorowy nad Festiwalem objęli: Ks. Dr Piotr Skucha – Biskup Pomocniczy Diecezji Sosnowieckiej, Roman Piaśnik – Burmistrz Miasta i Gminy Olkusz, Paweł Piasny – Starosta Powiatu Olkuskiego, Jacek Krupa – Marszałek Województwa Małopolskiego. Wszystkie koncerty są bezpłatne!

Kasię Zawieracz i jej zespół JazZoom koniecznie trzeba usłyszeć i zobaczyć na żywo. Upewni nas to o trzech rzeczach. Po pierwsze, ci ludzie zdecydowanie umieją grać. Po drugie, lubią grać ze sobą. Po trzecie wreszcie, uwielbiają grać to, co grają.
Właśnie olbrzymia radość grania, w połączeniu ze zgraniem i nieprzeciętnymi umiejętnościami sprawia, że tak dobrze się ich słucha – czy to z estrady, czy z płyt. Doświadczyłem tego na kilku już koncertach, w różnych składach i różnym repertuarze. A jednak dawno nie słyszałem tego bandu w aż tak dobrej formie, jak 6 kwietnia 2017 r. w olkuskiej Galerii Sztuki Współczesnej BWA. Poprzednio zdarzyło się to 15 listopada 2013 roku w czasie XII Olkuskich Zaduszek Jazzowych, w tym samym miejscu. To był jeszcze stary skład – ten sam, który nagrał promowaną wtedy płytę Kasi Zawieracz „To, co lubię”. Skład z Tomaszem Kupcem i Michałem Hellerem w sekcji rytmicznej, Anną Basistą przy mikrofonie i – Aleksandrą Hanke (wówczas pod panieńskim nazwiskiem: Ala Zhernova) przy fortepianie.
Tym razem przybyli, aby promować nowy album Kasi Zawieracz, zatytułowany „Podróż” (płytę można było „przedpremierowo” kupić w przerwie koncertu). Na program koncertu, z wyjątkiem trzech standardów, złożył się wyłącznie nowy repertuar. Nie chcę tu jednak rozpisywać się o poszczególnych kompozycjach – zrobię to przy recenzji samej płyty. Tutaj ograniczę się do zanotowania ogólnych wrażeń.
JazZoom zachowuje swoje charakterystyczne, miękkie brzmienie (kiedyś nazwałem je „kobiecym”) i ogólnie pojętą stylistykę. Wciąż dominują klimaty latynoskie; samba i bossa pozostają jeśli nie fundamentem, to ważnym punktem odniesienia dla tej muzyki. A jednak horyzonty muzyczne zespołu znacznie się rozszerzyły. Owszem, nadal jest tu klasyczny swing i coś z lat 50/60, ale pojawiły się też elementy fusion. Być może miało na to jakiś wpływ zastąpienie akustycznego basu elektrycznym; ponadto – obok liderki – do tworzenia materiału włączyli się jej koledzy z zespołu. Rezultaty okazały się więcej niż zadowalające: piosenka w stylistyce modern-jazzu, utwór w „bujającej” rytmice funky, a także kompozycja w kręcącym się nieparzystym metrum, z narastającą dynamiką.
Pisząc o ich znakomitej formie przeczuwam, że jakaś część zasługi spływa tu na Alę Zhernovą-Hanke, która znów pojawiła się w składzie. Bezsprzecznie liderką zespołu jest Kasia Zawieracz, frontmanką – Marcelina Gawron, zaś „dyżurnym wirtuozem” – Ewelina Serafin, a jednak chwilami to właśnie pianistka „kradła show”. Patrząc na nią, a zwłaszcza słuchając jej miało się wrażenie, że za chwilę wzleci pod sufit wraz z ciężkim pianinem elektronicznym „Roland”. Jej improwizacje zwykle zaczynały się w sposób bliski tradycyjnym wariacjom jazzowym wokół tematu (jak w balladzie „Biała biel” lub standardzie Straight No Chaser” Monka Teleoniusa), ale już po chwili tak się rozkręcała, że wchodziła w intonacje rodem z pianistyki doby romantyzmu. Energię łączyła przy tym z wirtuozerią (choćby w klasycznie swingującym „Czemu patrzysz tak smutno?”), czasami zapuszczając się w rejony nieodległe od free jazzu (szczególnie w wykonanym na bis motywie muzycznym z kreskówki „Wilk i zając”, ale też w bopowym „Na kredyt”), nie tracąc przy tym wyczucia harmonii. W tłach potrafi kłaść spokojne akordy („Nic o mnie nie wiesz”), lecz także rozwijać niemalże oddzielny temat („To nie byłeś ty”). Można tylko żałować, że z różnych względów do zespołu wróciła jedynie na sesję nagraniową albumu „Podróż” i promujące go koncerty. Notabene chętnie posłuchałbym jej kiedyś jako liderki jej własnego zespołu. Skoro mogła flecistka…
Ewelinę Serafin nazwałem „dyżurnym wirtuozem” bez sarkazmu. Jej solówki są rzeczywiście najbardziej efektowne, czego nie mylmy z efekciarstwem! Chyba najlepszą, a w każdym razie najbardziej energiczną zagrała w autorskim, funkującym „Ta chwila”. W „Sambie o tęsknocie” odnalazła się z solówką w południowym stylu, której zaśpiew miał w sobie nawet coś saksofonowego. W „Czemu patrzysz tak smutno” zagrała cokolwiek orientalnie (czy może andaluzyjsko?), ale prawdziwą wirtuozerią błysnęła w „Straight No Chaser”, w którym rozwijając improwizację gitarzystki, jakby nigdy nic wygrywała gamkę za gamką (co dla flecisty jest zadaniem arcytrudnym). A co najlepiej świadczy o klasie muzyka: tej trudności nie widać! Ewelina po prostu luzacko sobie stoi, przebiera palcami po flecie i wydobywa z niego czarodziejskie melodie, jakby to było najprostsze zajęcie pod słońcem. Buduje melodyjne bridge między zwrotkami, albo niby od niechcenia gra w tle, przydając muzyce miękkości i przestrzenności. I jej warto by kiedyś posłuchać na żywo jako solistki – najlepiej na czele Ewelina Serafin Quartet, z którym nagrała bardzo dobrą płytę „Antitype”.
Kasia Zawieracz – liderka grupy JazZoom i autorka lub współautorka prawie całego jej repertuaru – gra na gitarze elektrycznej Gibson Les Paul. Jest to instrument idealny do tego typu muzyki, odznaczający się ciepłym, delikatnym brzmieniem. Gitarzystka po prostu stoi z boku sceny i gra, lekko tylko się kołysząc i przez większość czasu udając, że wtapia się w tło. Kto jednak nie tylko patrzy, lecz i słucha, ten wie: to nie całkiem tak. Owszem, bywa i tak, że po prostu trzyma riff, ale nie zawsze, nie zawsze! Bo równie często (choćby w „Nic o mnie nie wiesz”), podobnie jak pianistka i flecistka z jej zespołu, prowadzi w tle jakby poboczną linię melodyczną (ta polifonia przywodzi czasem odległe skojarzenia z barokową kameralistyką). Jej solówki są subtelne, łagodne, co nie umniejsza ich kunsztu. W balladach, jak „Biała biel”, są to sola refleksyjne, nie pozbawione jednak odrobiny zmysłowości. W mocniejszym, ostro swingującym „Straight No Chaser” partia solowa gitary ma w sobie jakąś podskórną drapieżność, choć pozornie to typowa gitarowa solówka ze świata jazzowej tradycji. W „Podróży” wariacyjne improwizacje gitary pobrzmiewały z początku jak gdyby fortepianową artykulacją, by rozwinąć się w kolejne emocjonalne solo. Łączy te wszystkie partie olbrzymi bluesowy feeling. Nawet jeśli gitarzystka gra spokojnie, jak w klimatycznych „Żywiołach”, w tle czają się gwałtowne emocje. I zawsze potrafi zaskoczyć nagłą eksplozją maleńkich, perlistych nutek, przypominając, że nie bez powodu jest tu szefem.
Z gitarą Gibson dobrze współbrzmi śpiew Marceliny Gawron. To wokalistka dysponująca ciepłą barwą głosu i coraz większą pewnością siebie, przekładającą się na sceniczną charyzmę. Piosenki zaczyna zwykle spokojnie i zgodnie z tematem, potem stopniując dynamikę i ładunek emocjonalny, również coraz więcej improwizując. Najczęściej czaruje ciepłem swego nieco „czarnego” wokalu, tworząc nastrój kameralności, niemal intymności i swoistego „retro”. Że potrafi zaśpiewać też bardziej zadziornie, udowadnia choćby w „After You’ve Gone” Turnera Laytona, przydając temu wiekowemu standardowi iście młodzieńczą energię. Innym jej atutem jest bardzo naturalny, swobodny scat. Trochę żałowałem, że na tym akurat koncercie nie scatowała tak często jak we wcześniejszych, dała jednak niezły popis tej techniki śpiewu np. w autorskim „Na kredyt” (częściowo unisono z fletem!) i w „Straight No Chaser”, w „To nie byłeś ty” wdała się w ostry dialog z saksofonem, a w temacie „Wilk i zając” błysnęła wokalizą.
Vitalij Ivanov, zwolniony z obowiązków pianisty, mógł skoncentrować się na tym, co potrafi najlepiej, czyli grze na saksofonie. Jego solówki są improwizacjami jazzowymi w najlepszym stylu. Najczęściej zaczynają się od wariacji wokół tematu podanego przez wokal, by stopniowo rozwijać się w zupełnie nowy temat. W „Sambie o tęsknocie” zagrał, jak każe konwencja, na pozornym luzie, lecz w istocie było to solo pełne emocji. W balladzie „Nic o mnie nie wiesz” jego sax-tenor zabrzmiał barwą ściszoną, nastrojową, lecz końcówka partii solowej okazała się całkiem figlarna. „Straight No Chaser” i „To nie byłeś ty” ozdobił z kolei bardzo pogodnymi solówkami, lecz prawdziwy „pazur” pokazał w orientalizujących „Żywiołach”. Zaczął niby to sennie, ale już po chwili swingował na całego, z mnóstwem wirtuozowskich przejść i szybkich, krótkich dźwięków.
Sekcja rytmiczna zawsze potrafi się w tym wszystkim znaleźć. Basista Paweł Kluba kiedy należy po staremu zaswingować – kładzie równe dźwięki tradycyjnego walkingu, gdy trzeba się pobujać – z równą swobodą funkuje na swym pięciostrunowym basie elektrycznym, jeśli przychodzi do samby i bossanovy – mięciutko wybija tercje, kiedy trzeba rozkręcić zakręcone 6/8 – i z tym nie ma problemu… A poza tym wszystkie co bardziej złożone riffy jeszcze zagęszcza, rzeźbiąc własne, nadprogramowe dźwięki, czym udowadnia, że dobrego basisty komputer nie zastąpi. Nie gra może tylu solówek co wyżej wymienieni, ale kiedy już to zrobi – pokazuje klasę. W temacie „Taki blues” zagrał szybką improwizację, od początku dość odległą od głównego tematu, choć do niego nawiązującą. Bębniarz Michał Peiker chyba po prostu nie odczuwa potrzeby wybijania się na pierwszy plan. Słychać jednak, że to świetny muzyk, który – dodajmy – systematycznie rozbudowuje swój zestaw perkusyjny o nowe elementy i nie czyni tego bez powodu. Kiedy „tylko” nabija rytm, to nabija go coraz gęściej, z przejściami i smaczkami, jakich automat perkusyjny by nie wymyślił. A gdy „robi nastrój” dyskretnymi uderzeniami w talerze, i to wychodzi mu ze smakiem i wyczuciem. Swą jedyną solówkę zachował na początek bisu – szkoda, że taką krótką, bo rozwijała się ciekawie.
Jak zwykle, rozpisuję się o poszczególnych wykonawcach, ale siła zespołu Kasi Zawieracz tkwi również w doskonałym zgraniu, o czym wzmiankowałem już na początku. Świadczą o tym choćby zespołowe akordy, akcentujące pierwszą, wolniejszą część „Straight No Chaser”. Jeszcze wyraźniej dowodzą tego precyzyjne unisona – a jest ich tyle, że trudno byłoby je wyliczyć. Największe mistrzostwo w tym względzie pokazali w temacie „Wilk i zając”, którego temat podawały jednocześnie gitara, flet, saksofon, piano i scatujący wokal. Ten utwór w tym wykonaniu brzmi jak przesympatyczny żart, ostateczny dowód dystansu do samych siebie. Zarazem jednak, jak dowiedziałem się od liderki, dla instrumentów dętych jest to melodia wręcz karkołomna! I jeszcze unisono… O solówkach w zasadzie też nie powinno się mówić w oderwaniu od całości. W tym zespole jest bowiem zwykle tak, że w toku jamowania co jedno zaimprowizowało, to drugie natychmiast rozwija dalej.
Wydaje się, że JazZoom to jeden z tych zespołów, o których z niewielką zaledwie przesadą mówi się: „muzyczne rodziny”… lub też Kasia Zawieracz i jej koledzy to po prostu profesjonaliści w każdym calu. Co zresztą bynajmniej nie musi się wykluczać. A ktokolwiek wyobraża sobie, że ich doskonałe nagrania są dziełem realizatora dźwięku lub efektem niezliczonych poprawek, niech przyjdzie na koncert. Bo na żywo są jeszcze lepsi.

tekst: Jarosław Nowosad

zdjęcia: Agnieszka Zub

Fundacja Kultury Afront dołączyła do grona mecenasów organizowanego przez GSW BWA w Olkuszu Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia. Zapraszamy do udziału! Poniżej regulamin XIII edycji.

Organizatorami są: Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu oraz Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne FRAZA.
Celem konkursu jest: popularyzowanie poezji współczesnej, wspieranie twórców z dorobkiem i młodych talentów; propagowanie poezji ambitnej, trudnej.

Warunki konkursu: konkurs jest otwarty dla wszystkich twórców, zarówno zrzeszonych, jak i będących poza związkami twórczymi.
Każdy z uczestników konkursu proszony jest o nadesłanie jednego zestawu wierszy zawierającego od 5 do 8 utworów (łącznie około 150 wersów) niepublikowanych w wydawnictwach zwartych i nienagrodzonych w innych konkursach – każdy utwór należy nadesłać w czterech egzemplarzach, zaopatrzony w godło (pseudonim). Godło należy umieścić także na dołączonej do zestawów zaklejonej kopercie. Wewnątrz koperty powinny się znaleźć dane osoby: imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail, wiek oraz kilka słów o ewentualnym dorobku. Do danych osobowych należy też dodać kopię dowodu wpłaty 20 zł opłaty konkursowej – konto: PKO BP 56 1020 2430 0000 8102 0043 4845 (z dopiskiem w tytule przelewu: „opłata na konkurs im. K. Ratonia w GSW BWA Olkusz”). Prace prosimy przesyłać pod adres: GSW BWA w Olkuszu, ul. Szpitalna 34, 32-300 Olkusz, z dopiskiem na kopercie „Konkurs im. K. Ratonia”.

Termin nadsyłania prac upływa 30 września 2017 roku (decyduje data stempla pocztowego). Uwaga, warunkiem dopuszczenia do konkursu jest uiszczenie opłaty konkursowej. Prace nadesłane na konkurs nie będą zwracane. Jury w składzie: Magdalena Rabizo-Birek (krytyk literacki, redaktor naczelna kwartalnika „Fraza”), Ewa Sonnenberg (poetka) i Adam Wiedemann (poeta), wybierze najlepsze zestawy, a nagrodą będzie wydanie zwycięzcy autorskiego tomiku. W I edycji był nim Maciej Sawa, którego debiutancka książka „rok S roki” ukazała się w ramach Biblioteki Galerii Literackiej BWA Olkusz i Biblioteki FRAZY w 2007 r. W II edycji zwycięzcą został Marcin Orliński, w III – Krystyna Myszkiewicz (wydany przez nas tomik „Na pstryk i zew” był nominowany do Nagrody Mediów Publicznych COGITO), w IV – Izabela Kawczyńska (tomik „Largo”), w V – Arkadiusz Stosur (tomik „Przejścia podziemne”), w VI – Teresa Radziewicz (tomik „Samosiejki” był nominowany do Nagrody im. Wiesława Kazaneckiego), w VII – Natalia Zalesińska (tomik „Połączenia”), w VIII – Janusz Radwański (tomik „Chałwa zwyciężonym”), w IX – Bartosz Konstrat (tomik „Dzika kość. Encyklopedia utraconych szans” – nominowany do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius), w X – Wojciech Roszkowski, w XI – Marta Tomczyk – Maryon (tomik „sto par bytów”), a w XII Paweł Podlipniak (tomik jest w opracowaniu). Pozostali nagrodzeni oraz wyróżnieni otrzymają nagrody pieniężne i książkowe. Na nagrody przeznaczone jest ok. 5 tys. zł.

Nagrodzeni i wyróżnieni zostaną poinformowani o tym fakcie listownie, telefonicznie lub e-mailem.

Mecenasami konkursu są: Starostwo Powiatowe w Olkuszu, Urząd Miasta w Olkuszu, Oficyna 21, wydawca tomu „Poezje” Kazimierza Ratonia oraz Fundacja Kultury AFRONT i wydawnictwo NEON. Patronat medialny: Kwartalnik FRAZA oraz Artyści24.pl. Laureaci I nagrody zobowiązują się dostarczyć organizatorom zestaw 30-50 wierszy. Część nakładu tomiku zwycięzcy będzie rozprowadzana przez Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne FRAZA.
Oficjalne rozstrzygnięcie konkursu odbędzie się w listopadzie 2017 r. Organizator nie ponosi kosztów dojazdu nagrodzonych i wyróżnionych autorów. Laureaci mają za to zapewniony bezpłatny nocleg w Olkuszu.

Szczegółowe informacje o konkursie im. K. Ratonia udzielane są telefonicznie: (32) 754 34 47, kom. 660 404 840 lub e-mailowo: galeriaolkusz@op.pl

Na zdjęciu: Kazimierz Ratoń, fot. Erazm Ciołek.

akwarela autorstwa olkuskiego poety, malarza i muzyka Janusza Czerniaka

Fundacja Kultury AFRONT i Galeria Sztuki Współczesnej BWA  zapraszają na dyskusję panelową pt. “Kultura w Olkuszu, a może Miasto Kultury Olkusz” oraz koncert zespołu Po Burzy.

Czym jest kultura? Jaka jest jej rola? Czy kultura jest potrzebna? Dlaczego jest marginalizowana? Jakie jest jej miejsce w naszym mieście? Na te i inne tematy porozmawiamy podczas zaplanowanego spotkania, po którym zapraszamy na porcję dobrej muzyki w wykonaniu zespołu Po Burzy.

Zespół Po Burzy powstał w Bukownie w 2014 roku, łącząc odmienne osobowości i sposoby fascynacji muzyką. Obecny skład grupy to osiem osób i bogate, eklektyczne instrumentarium. Członkowie zespołu dysponują różnorodnym doświadczeniem muzycznym i estradowym, wyniesionym z działalności w zespołach rockowych, bluesowych, popowych, grupach muzyki sakralnej i kabaretowych. Grupa opracowuje oryginalny repertuar, przygotowując autorskie kompozycje z wykorzystaniem tekstów zarówno własnych, jak i udostępnianych przez zaprzyjaźnionych poetów. Zespół jest otwarty na różnorodne źródła muzycznej inspiracji, jednak gatunkiem dominującym i przyjętym kierunkiem rozwoju grupy jest poezja śpiewana. Z Po Burzy stale współpracują regionalni rzemieślnicy artystycznej obróbki słowa pisanego, m.in. Paweł Kękuś, Urszula Kalecińska-Kucik, Danuta Majcher, Irena Krzywiecka, Janina Dąbrowa.

Data i miejsce wydarzenia: 1 kwietnia 2017, godz. 16.00, Galeria Sztuki Współczesnej BWA w Olkuszu, ul. Szpitalna 34.

Wstęp wolny.

zespół Po Burzy